sobota, 29 sierpnia 2026

Od Arnar CD Dahlii — „W jakie gry gramy? Tak.”

Poprzednie opowiadanie

LATO V

Arnar wpatruje się w okno autobusu ze zdesperowanym rozbawieniem, próbując przejrzeć własne maziaje i dostrzec to, co chcą mu przekazać Dahlia i Pęcisław, jedno bardziej chaotycznymi i spanikowanymi gestami niż drugie. Idzie mu to wybornie, a w swoich notatkach mentalnych zapisuje, że gdy wreszcie znowu się spotkają, to będzie musiało zaproponować wspólną naukę języka migowego na wypadek, gdyby taka kuriozalna sytuacja się powtórzyła (plus byłby to wspaniały bonding moment, idealny dla ich motywu found family (powinni też wciągnąć w to Luciena)). Oczywiście, miganie do siebie z jednego autobusu do drugiego jest odrobinkę mniej prawdopodobne niż spotkanie kolejnej gorgony albo koniodemonów, ale patrząc na ich ogółem mało prawdopodobne istnienie/egzystencję i dożycie do dorosłości i, jak mają szczęście, do wieku średniego… W każdym razie momentów wymagających płynnego posługiwania się językiem migowym będzie więcej niż tych, w których muszą porozumieć się chińskim. Arnar ma taką nadzieję. Chiński brzmi na bardzo trudny język. I wygląda na jeszcze trudniejszy.
Pasek ładowania się korka samochodowego postanowił osiągnąć sto procent i autobusy ruszają jak z kopyta (to znaczy toczą się szybciej niż ćwierć kilometra na godzinę), przez co Arnar zmuszone jest smutno pomachać Dahlii i Pęcisławowi w tym momencie rozpaczliwego pożegnania. Trochę żałuje, że nie zabrało ze sobą jakiejś serwetki z budy z kiełbasami, bo nawet jeśli byłaby cała przesiąknięta tłuszczem, to i tak byłaby całkiem niezłą chusteczką pożegnalną, taką, jaką machają żony mężczyzn wypływających w dalekie rejsy we wszystkich ckliwych serialach skierowanych do młodych kobiet zainteresowanych historią.
Przez chwilę Arnar myśli nad swoimi opcjami, aż wreszcie postanawia wydostać się z wygodnego kącika, w którym ułożyło się już dobre dwadzieścia minut temu. Pomyślało, że przecież dzięki wymazanej szybie szybko je odnajdzie, choć pewnie za pięć minut nie będzie tam już aż tak wygodnie.
Tuż po zrobieniu dwóch bardzo pewnych kroków, zatacza się w przejściu między siedzeniami i prawie myli czyjeś ramię z uchwytem, na którym chciało się oprzeć. W ostatnim momencie lekko skręca, obraca się na końcówkach palców u stóp i desperacko próbuje nie wywinąć saltofikołka. W przypływie adrenaliny, tak trochę na oślep, łapie czyjś fotel, który miękko ugina się pod jego palcami i niewiele brakuje, żeby je sobie połamało. Arnar dumnie się prostuje, uśmiecha się i idzie przed siebie tak, jakby nic się nie wydarzyło. Inni podróżni tylko wzruszają ramionami i się odwracają, jedynie ten, którego fotel został brutalnie ściśnięty, posyła Arnar poirytowane spojrzenie.
– Przepraszam pana – heros zwraca się do kierowcy – kiedy będzie najbliższy przystanek?
Facet wzdycha niemiłosiernie długo i niemiłosiernie głęboko. Rzuca okiem na zegarek, drapie swojego ogromnego, gęstego wąsa, przez którego Arnar nie jest w stanie dostrzec jego warg, po czym wreszcie dochodzi do jakiejś konkluzji. Zezuje na półboga, choć tak naprawdę mógłby w pełni na niego spojrzeć, bo teraz poruszają się z prędkością może jednej ósmej kilometra na godzinę, o ile w ogóle suną przed siebie w jakiejkolwiek prędkości odchylonej od zera.
– W Newark – odpowiada wreszcie, widocznie bardzo niezadowolony, że musiał to zrobić. Może myślał, że w tym czasie, gdy milczał, Arnar zrezygnuje z szukania odpowiedzi na dręczące go pytania, odwróci się i kulturalnie usiądzie w fotelu.
– …W Newark? – powtarza i przez chwilę studiuje swoją mentalną mapę Nowego Jorku, żeby znaleźć jakiekolwiek miejsce, w którym przystanek autobusowy nazywałby się Newark. – W sensie że w New Jersey?
Kierowca stoicko kiwa głową.
– Żadnych innych przerw?
Kierowca równie stoicko kręci głową.
Arnar chwilę myśli, rozważa swoje opcje. W Newark może być fajnie. Może znalazłoby tam Nirwanę. Może właśnie tam się ukrywa. W New Jersey. To tak ekskluzywnie brzmi. Mają tam chyba największą populację Hindusów wśród wszystkich stanów. Bez bycia rasistą, Nirwana trochę brzmi jak jakaś Hinduska, ale to trochę nie brzmi, jak typ Luciena, co Arnar stwierdza, biorąc pod uwagę wyłącznie to, kim jest ono i jak ono wygląda. Gdyby Nirwana nosiła kolorowe koszule i krawaty, miała bielactwo i blond włosy, to rzeczywiście mogłaby stanowić dla Arnar rzeczywiste zagrożenie, ale znacznie gorzej byłoby, gdyby była mężczyzną. Może jest mężczyzną. Arnar za mało wie o Nirwanie. Może to rzeczywiście jego szansa na poznanie jej lepiej.
Newark. New Jersey. Zaczynają się na tę samą literę, co Nirwana. TO rzeczywiście może być powiązane.
Szkoda tylko, że zostawiłoby Dahlię bez słowa. Niby mogłoby jej wysłać pocztówkę z Newark albo poczekać na jakąś fajniejszą tęczę niż MineralnaDIY™. To może potrwać dzień czy dwa, może tydzień. Z Dahlią nie byłoby takiego problemu, zrozumiałaby. Kiedyś znowu by się spotkali, tym razem znowu w San Francisco, z takiego czy innego powodu i może nawet by mu niczego nie wyrzuciła. Większym problemem będzie Lucien. Przecież on sobie nie poradzi. Znaczy, poradzić może sobie poradzi, ale Arnar nie ma pewności, ile ze wszystkich rzeczy, które chłopak spożyje, będzie alkoholem. Albo ile czasu spędzi na zamartwianiu się do momentu, w którym zacząłby rozwieszać plakaty ze zdjęciem Arnar i wielkim napisem „ZAGINIONE”, zadzwoniłby na policję zgłosić porwanie i na wszystkich mlekach w Nowym Jorku widniałoby smutne, czarno-białe zdjęcie Arnar. I to wszystko, zanim ono w ogóle znalazłoby jakąś ładną pocztówkę w Newark i się wytłumaczyło. Będzie musiało porozmawiać z Lucienem na temat poczucia bycia ograniczanym i pozwalaniem sobie na trochę większą wolność, ogólnie porobieniem jakichś ćwiczeń na zaufanie czy coś. Albo dla świętego spokoju mogliby kupić sobie jakieś walkie-talkie.
Lucien przeważa szalę i Arnar, przynajmniej na razie, porzuca śledztwo w sprawie Nirwany. Pojedzie do Newark innym razem.
– …Ale nie zatrzymamy się nawet na papieroska? – pyta, uśmiechając się głupkowato i trochę żałując, że nie ma przy sobie niczego, co by choć papierosa przypominało. Wtedy mogłoby go pokazać kierowcy i uśmiechnąć się jeszcze bardziej głupkowato, żeby zasugerować ewentualne uczynienie z busa komory gazowej.
– Pół godziny pan nie wytrzyma?
– Takie piętnaście minut, to może jeszcze. Ale pół godziny, no, wie pan, to już byłby wyczyn.
Arnar troszeczkę, tak minimalnie, czuje się, jakby rozmawiało z leniwcem. Albo kimś, kto nie rozumie pojęcia czasu i w jego głowie sekundy rozciągają się jak guma. Pasuje to do ogólnej scenerii całkowicie zakorkowanej ulicy, przez którą Arnar naprawdę zaczyna podejrzewać, że to jakieś półboskie umiejętności bycia szybszym niż cały świat.
Zaczyna na poważnie rozważać prawdopodobne problemy prawne po wyważeniu drzwi autobusu firmy Peter Pan Bus Lines na trasie Nowy Jork–Filadelfia. Po szybkich kalkulacjach najbardziej żal mu pieniędzy, które już wydało na bilet, który kosztował dwadzieścia dolarów bez jednego centa (absolutne zdzierstwo).
– Ech – mamrocze kierowca i naciska jeden z wielu czarnych przycisków obok deski rozdzielczej. – I tak stoimy, niech pan pali.
Arnar, dumne z siebie, wydostaje się z dusznego autobusu na paradoksalnie jeszcze bardziej duszną ulicę. Zamiast spokojnie wypalić papierosa, rusza z kopyta w stronę, w którą odjechał autobus Dahlii, na wszelki wypadek wspomagając się swoją mocą szybkonożności, tak jakby kierowcy w ogóle przyszło na myśl go gonić. Busiarz ogranicza się do śledzenia go w lusterku, wzruszenia ramionami i zamknięcia drzwi.
Heros zwalnia dopiero wtedy, gdy, nie znalazłszy autobusu Dahlii i Pęcisława (znajduje się bowiem po drugiej stronie jezdni), odkrywa przyczynę masywnego korka.
Jest nią ogromna parada radykalnych feministek. Arnar nie wie, co to radykalne feministki, ale przemawiają do niego kolory flagi, więc z wesołym uśmiechem postanawia do nich dołączyć.
Uśmiech bardzo szybko znika z jego twarzy, gdy próbuje wtopić się w tłum hyperfeminine kobiet. Z początku tylko zerkają na niego, spojrzeniami wyrażającymi zdegustowanie i irytację, aż wreszcie jakaś z nich postanawia zaczepić Arnar.
– Co ty tu robisz? – pyta ostro, celując swoją małą różowo-zieloną flagą w klatkę piersiową Hermesiaka.
– Przyłączam się do rozprzestrzeniania miłości w tej wspaniałej paradzie – odpowiada szarmancko, nie dostrzegając żadnej groźby w byciu dźganym plastikowym trzonkiem flagi.
– To nie jest miejsce dla, tfu, mężczyzn. – Razem z kobietą rozmawiającą z Arnar, odzywa się parę innych. Wszystkie mówią coś w stylu „fu, mężczyzna” albo po prostu spluwają na chodnik.
– Eee, tak właściwie, to jestem osobą niebinarną? – Arnar nieporadnie próbuje negocjować, ale czuje się trochę niepewnie otoczone gęstym tłumem wyraźnie wrogo nastawionych kobiet. Które, tak poza tym, ciągle poruszają się w swoją definicję „przodu”, przez co Hermesiak już pół minuty temu totalnie straciło jakąkolwiek orientację w terenie.
– Aha, no tak, to w ten sposób spoko – sarkastycznie prycha kobieta z małą flagą, którą macha niebezpiecznie blisko oczu Arnar. – Słuchaj, to jest przestrzeń tylko dla prawdziwych kobiet. Połączonych przez womanhood i tak dalej.
– Fajnie, fajnie, że macie dla siebie taką, przestrzeń. Żeby wyrażać siebie i swoją, kobiecość – mówi Arnar, kiwając głową z uznaniem. Z jakiegoś powodu te wszystkie kobiety na kilkunastocentymetrowych szpilkach wydają się dla niego bardziej niebezpieczne niż pełnowymiarowa gorgona. – To ja, sobie, pójdę. Papatki.
Jednak zanim udaje mu się odwrócić i przepchać przez gęsty tłum kobiet, ta z flagą łapie go za ramię i boleśnie wbija w nie paznokcie przypominające kły wampira, bo te u palców wskazującego, małego i kciuka są przedłużone, a środkowy i serdeczny zostawione są krótkie.
– Żeby to był ostatni raz, gdy chociaż myślisz o zakłócaniu kobiecej przestrzeni – syczy mu do ucha. – To nie jest miejsce dla ciebie.
Odpycha go i Arnar nagle znajduje się w tłumie szydzących z niego kobiet, z którego desperacko próbuje uciec. Nagle ktoś chwyta go za przedramię i ono już spodziewa się dostrzec tam kolejne wampirze szpony, ale tym razem przeceniło swoją zdolność budzenia sobą zainteresowania kobiet. Palce, które go ściskają, należą bowiem do niskiego facecika w obciachowej czapeczce z logiem jakiegoś piwa.
– Pęcisław?! – wykrzykuje Arnar, nie wie, czy bardziej z ulgą, czy z zaskoczeniem.
– Młode, musimy stąd spierdalać, tamta w spódnicy moro prawie mnie rozszarpała – bełkocze satyr i ciągnie Arnar w jakąś stronę, która niestety wygląda na taką prowadzącą tylko w głąb parady.
– A gdzie Dahlia???
– Uznali, że jest za bardzo, jak one to, bitch? Nie, bardziej, ee… byk? Nie wiem, że jest za bardzo coś. Chyba jej robią makijaż albo próbują robić makijaż, ale dla nas nie będą takie miłe. Patrzyły na mnie jak na śmiecia bardziej, niż cywilizowani obywatele Nowego Jorku, gdy widzą, jak jem puszkę – tłumaczy Pęcisław, próbując zorientować się w terenie, którego zbyt dużą część zajmowały sukienki i obcasy. – TAM! – wrzeszczy i wskazuje jakiś punkt, niewielką wyrwę między kobietami, gdzie rzeczywiście widać jakieś szare budynki.
Ruszają tam, ciągle popychani i szturchani przez wściekłe radykalne lesbijki. Arnar nie ma wątpliwości, że jutro obudzi się z niezłym zestawem siniaków i zadrapań na każdej możliwej części ciała oraz będzie musiało zmierzyć się z podejrzeniami Luciena. Zadyszani i spoceni, wreszcie wychodzą z tej parady i prawie padają na chodnik z wycieńczenia. Pęcisław chwyta jedną z leżących w pobliżu puszek, żeby w bardzo dramatyczny sposób rozszarpać ją i połknąć w tak dużych kawałkach, że Arnar nieprzyjemnie zaczyna drapać gardło.
– Teraz jeszcze uratować Dahlię – stwierdza Hermesiak, niepewnie wpatrując się w gęstą paradę.
– Wiesz co, ona potrafi się sobą zająć. Zazwyczaj – mądrze mówi Pęcisław. – My se znajdziemy ławeczkę i spokojnie na nią poczekamy.
– A co, jeśli wyjdzie po drugiej stronie parady?
– Nie wiem, młode, ty prawie wylądowałoś w Filadelfii, więc się nie odzywaj.
Arnar w milczeniu przyznaje rację Pęcisławowi, choć myślało, że to miało być tylko Newark. Satyr chyba jest od niego starszy, więc czysto teoretycznie to on powinien być mądrzejszy, a ono nie powinno się kłócić, dlatego razem siadają na ławeczce i grzecznie czekają na Dahlię, choć Arnar nie sądzi, że te kobiety tak łatwo wypuszczą ją ze swoich szponów.


Dahlia?
────
[1825 słów: Arnar otrzymuje 18 Punktów Doświadczenia]

Od Elianne CD Kala — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA

— Czy moje włosy wyglądając, jakby kiedykolwiek widziały lakier do włosów? — zapytała Eli, splatając palce ich dłoni. — Za dużo bym miała z tym zabawy. Po prostu… wyglądałeś, jakby to było ostatnie miejsce, w którym chciałbyś być — przyznała, uważając, żeby nie potknąć się przy schodzeniu z krawężnika.
Kal ani jej nie przytaknął, ani nie zaprzeczył. Wzruszył tylko ramionami, wpatrując się w chodnik przed nimi. Elianne zerknęła na niego kątem oka i zagryzła wargi.
— Florence była bardzo miła. To dobrze, że twój tata ma kogoś takiego.
— Ta.
— A ty jej nie lubisz, czy…? — Eli pozwoliła pytaniu zawisnąć w powietrzu, odwracając twarz w stronę chłopaka, ale zasłonił się kapturem tak, że mogła dostrzec co najwyżej czubek jego nosa.
W momencie, w którym już miała wziąć milczenie Kala za niewerbalną, choć dość dosadną odpowiedź, chłopak jednak postanowił się odezwać.
— To nie tak, że jej nie lubię — mruknął, zatrzymując się przed pasami, gdzie świetle migało do nich czerwone światło. Niemal musiał pociągnąć za sobą Elianne, bo zagapiła się na tyle, że prawie bezmyślnie weszła na jezdnię; mocniej złapał ją za rękę. — Po prostu Florence jest… wszędzie — powiedział tylko, jakby to wszystko wyjaśniało.
Eli zamrugała, myśląc o tym przez chwilę, ale znała Kala na tyle długo, żeby dopowiedzieć sobie resztę historii. Sygnalizacja świetlna zmieniła kolor na zielony, więc szybko przeszli na drugą stronę ulicy.
— …Okej, chyba rozumiem — powiedziała w końcu, kiwając głową. — Możemy już wracać? Robi się zimno, a ja nie wzięłam szalika — dodała, uśmiechając się krzywo.
Niestety znowu przeceniła wiosenną pogodę i założyła, że będzie cieplej. Wcześniej może i słońce jeszcze im jakoś przyświecało, ale popołudnia wciąż były krótkie i chłód zaczynał wkradać się jej pod kołnierz kurtki. Poza tym Florence już zdążyła napoić ich herbatą, więc straciła ochotę na kawę.
Najwyraźniej Kal tylko czekał na to pytanie, bo od razu skręcił na drogę, którą zwykle wracali do obozu. Z pewnością czekało ich jeszcze co najmniej ze dwadzieścia minut spaceru, bo w poszukiwaniu głupiego lakieru do paznokci Eli zaciągnęła ich dalej, niż zwykle. Pewnie gdyby trzymała się tej części miasta, co zwykle, nie trafiliby też do lokalu Florence i Kal wyglądałby na mniej nieszczęśliwego. Czasu jednak niestety nie umiała cofnąć, więc zostało jej tylko wrócić do obozu i mieć nadzieję, że bez głośnego warkotu samochodów i śmierdzącego spalinami powietrza humor Kala sam w końcu się poprawi.
— Wiesz, dzisiaj ktoś pół nocy tłukł się po baraku — przypomniała sobie, kiedy stwierdziła już, że cisza jej przeszkadza. — Przebudziłam się parę razy, ale ani razu nie udało mi się zobaczyć, kto dokładnie. Pewnie powinnam wstać, ale było zimno, więc… No, w każdym razie mam nadzieję, że dzisiaj to się nie powtórzy, bo ja mam poranną zmianę w ambulatorium, a przez tą przejściową pogodę zaraz się zacznie fala przeziębień, więc nie mogę być ledwo żywa i- nie no, serio? — Z westchnieniem przerwała swój monolog, bo po tym, jak skręcili w prawo, przed nimi wyrósł wielki znak „ROBOTY DROGOWE”.
Pół ulicy było rozkopane, a cała alejka była odgrodzona biało-czerwonymi taśmami. Robotników nigdzie nie było widać, ale wolałaby nie wpaść przypadkiem w żadną dziurę. Zawahała się.
— Chyba wiem którędy przejść na około. Kiedyś chyba strasznie mi się spieszyło i przypadkiem znalazłam jakiś skrót — powiedziała, zatrzymując się na brzegu chodnika. Odwróciła się do Kala. — No chyba, że ty masz jakąś pewną drogę? — zapytała.
Chłopak pokręcił głową.
— Zawsze chodzę tędy — odpowiedział, wpatrując się w taśmy odgradzające im drogę, jakby go obraziły.
— No dobra, to chodź. Tam chyba trzeba skręcić w lewo, a potem to już, no, na wyczucie. — Uśmiechnęła się, ciągnąc go za sobą.
Wrócili się kilkanaście metrów do ostatniego rozwidlenia, i tam Elianne skręciła w lewą uliczkę. Jeszcze nie wyglądało to na slamsy, ale było całkiem blisko.
— To na pewno ta droga? — spytał Kal, marszcząc nos.
— Jestem prawie pewna — zapewniła Eli.
Skręcili jeszcze raz w lewo, potem w prawo, przeszli przez staro wyglądający mostek nad raczej wyschniętą rzeczką i znaleźli się w miejscu, które Elianne widziała zdecydowanie pierwszy raz w swoim życiu. Zatrzymała się i nieznacznie zmrużyła oczy
— Wiesz co, chyba jednak musimy się zawrócić i tam znowu skręcić w lewo-
— A w lewo to nie jest przypadkiem w całkowicie przeciwnym kierunku od obozu?
Cholibka.


Kal?
────
[682 słowa: Elianne otrzymuje 6 Punktów Doświadczenia]

Od Chaita CD Aye — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Chait doskonale wiedział, że istnieją jakieś lepsze opcje. Jedną z nich byłoby, na przykład, zignorowanie szczurów. Pójście w innym kierunku. Może powrót do mieszkania, a może wejście do przypadkowego sklepu po drodze, z nadzieją, że tam ich nie będzie. Inną byłoby skontaktowanie się z kimś odpowiedzialnym za porządek na ulicach – kiedy jeszcze mogli myśleć, że to po prostu jakiś zwyczajny problem, a nie ten związany z potworami. Naprawdę, z całym swoim dotychczasowym doświadczeniem Chait powinien wręcz nalegać, by nie szli i nie angażowali się w… cokolwiek właśnie się angażowali.
Oczywiście, że tego nie zrobił. Oczywiście, że poszedł za Aye – bo przecież nie mógł zostawić go samego z jakimś dziwnym problemem, który mógł okazać się albo czymś zupełnie głupim, albo czymś zagrażającym życiu. Od razu założył, że na pewno będzie to coś z tej drugiej kategorii. Byli przecież półbogami (ostatnio naprawdę powtarzał to zdanie nieco zbyt często. Może to ono przyciągało kłopoty?). Poza tym zawsze lepiej było nastawić się na najgorsze. To, że coś wciągnęło Aye na dół, tylko potwierdzało, że najgorszy scenariusz zawsze okaże się tym prawdziwym.
Szedł pół kroku za Aye. Na tyle blisko, by nic ich przypadkiem nie rozdzieliło, ale na tyle daleko, by nie naruszać jego przestrzeni osobistej bardziej niż to konieczne. Jeszcze zanim zeskoczył na dół, doszedł do bardzo głupiego wniosku, że tak, na pewno nie skończy się na zwykłym powrocie do domu. To między innymi dlatego wątpił, by jego pozostanie na górze faktycznie im pomogło.
Zaczynał też dochodzić do wniosku, że te ciągłe kłopoty powoli robią się nudne. Wyjątkowo schematyczne i powtarzalne. Jak tak dalej pójdzie, to niedługo przestanie się nimi przejmować i pozostanie mu tylko żal, że przy tylu nadarzających się okazjach nic nie odgryzło mu łba.
Jeśli to przeżyją – nigdy nie zakładał, że na pewno tak będzie, bo, ponownie: byli półbogami – to przy następnym przypadkowym spotkaniu z Aye po prostu skinie mu na przywitanie głową i pójdzie dalej. To naprawdę nie było warte nerwów, które towarzyszyły każdemu spotkaniu i zdecydowanie wyszłoby na zdrowie Aye. Na dłuższą metę Chaitowi pewnie też.
Nie powiedział nic z tych przemyśleń na głos, bo dodatkowe negatywne emocje w tej chwili na pewno by im nie pomogły. Atmosfera między nimi znowu była trochę bardziej napięta, a panujące wokół cisza i ciemność nie poprawiały sytuacji. Przerywanie tej ciszy też nie było dobrym pomysłem, więc dalej szli w milczeniu. Podobno w stronę światła.
To było już chyba trochę zbyt ironiczne.
Czy pobyt w takim miejscu był najgorszym doświadczeniem, z jakim się spotkali? Chait nie był tego taki pewny. Może groziło im utonięcie, śmierć z ręki potwora i pewnie kilka innych strasznych wizji, ale na pewno mogło być gorzej.
Rozglądał się, chociaż nie miało to raczej większego sensu. Nie robił tego z faktycznie jakimś większym zamiarem i nie spodziewał się większego rezultatu. Jego wzrok zdążył już przyzwyczaić się do półmroku, ale tak naprawdę Chait chciał po prostu skupić się na tym, co znajduje się wokół nich, by móc zareagować na czas.
Nie wiedział jeszcze, na co będą musieli zareagować, ale to zawsze była tylko kwestia czasu.
Nie mógł skojarzyć żadnych informacji na temat okolicznych problemów z kanałami ściekowymi. Może gdyby odwiedzał tę okolicę częściej, zamiast szukać pracy na drugim końcu miasta. Zaczynał żałować, że tak dawno nie stał za żadnym barem – do takich miejsc przychodzili różni ludzie i szansa, że wdałby się w rozmowę z kimś związanym z oczyszczaniem ścieków była… no, na pewno jakaś była. Każda informacja byłaby wyjątkowo pomocna. Pewnie dlatego żadnej nie mieli.
Przeniósł na chwilę wzrok na idącego przed nim Aye. Też milczał, uparcie idąc przed siebie i nie oglądając się na Chaita. Może faktycznie wiedział, dokąd ich prowadzi. Chait nie zamierzał wątpić w jego umiejętności, na pewno nie w takim momencie. Czas na takie rozmowy będzie kiedy indziej. Albo wcale.
Weszli do większego kolektora. Chait zaglądał do mijanych komór i bocznych połączeń, ale żadne nie wydawało się lepszą, bardziej prawdopodobną drogą niż ta, którą szli aktualnie. Aye też wydawał się skupiony na tej konkretnej trasie.
Ta część Nowego Jorku była wśród tej większości z łączonym systemem burzowym i ściekowym. Chait był tego niemal pewny, bo już kiedyś słyszał, jak ktoś o tym mówi. Naprawdę powinni cieszyć się, że ten dzień był słoneczny.
Zdecydowanie nie chcieliby znaleźć się tu w trakcie deszczu lub burzy.
Odwrócił gwałtownie głowę. Przez chwilę wydawało mu się, że usłyszał coś z mijanego połączenia. Coś cichego, niewyraźnego. Przystanął, wbijając wzrok w ciemne przejście, ale nie widział nic podejrzanego.
Nie potrafił też drugi raz wyłapać tego dźwięku.
– Chait? Pospiesz się – odezwał się Aye, kiedy zorientował się, że idzie dalej sam. – Musimy się stąd wydostać.
– Przepraszam. Wydawało mi się—
Urwał. Potrząsnął głową i dogonił Aye, który przystanął, by na niego poczekać.
– Nieważne.
Przez chwilę patrzył na niego podejrzliwie, zanim w końcu ruszyli dalej. Cokolwiek się tu działo, Aye miał rację: musieli się wydostać. Nie szukać głębiej.


Aye?
────
[800 słów: Chait otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Od Havu — „Gra w węża”

Vincent już lepiej panował nad swoimi mocami, ale dalej potrafił się teleportować w momencie, kiedy tego nie chciał. Zazwyczaj było to spowodowane ekscytacją albo ogólnie rzecz mówiąc silnymi emocjami. Zaczynała wokół niego wtedy powstawać piękna kolorowa tęcza, gotowa, by przenieść dzieciaka na zupełnie nieznaną ulicę w San Francisco.
Tak stało się i tym razem. Vincent miał jednak dużo szczęścia, bo wylądował obok sklepu spożywczego, w którym Havu właśnie kończył robić zakupy. Co prawda nie kupował niczego zdrowego, gotowego by wykarmić głodnego chłopca z obozu dla specjalnych, ale doritosami również można było się najeść.
Vincent stał pod sklepem i rozglądał się we wszystkie strony, bo okolica, w której się znalazł, była dla niego nieznana.
— Nie karmią cię tam? — zapytał żartobliwie Havu, kiedy wyszedł ze sklepu i zauważył kręcącego się w kółko Vincenta.
— O! — Odwrócił się zaskoczony. Poprawił rozczochraną fryzurę i uraczył mężczyznę szerokim uśmiechem godnym niewinnego czternastolatka.
— Kupić ci coś?
W torbie trzymał tylko dwa opakowania czipsów i jednego batona.
— Nie jestem głodny. — Pokręcił głową. — Przez przypadek się tutaj znalazłem.
Nie było to nawet w najmniejszym stopniu zaskakujące, patrząc na to, ile razy Vincent w tym roku zdołał się teleportować. Brakowało jeszcze, żeby miejscem docelowym chłopca okazała się śmierdząca łazienka w centrum handlowym albo co gorsza jakieś miejsce wyjęte z mitologii, skąd pomogą mu wyjść tylko inni półbogowie.
Stali chwilę w ciszy. Vincent odrywał z paznokci pozostałości skórek, a Havu próbował wymyślić, co powinien zrobić z tym dzieciakiem.
— W sumie… — zaczął nieśmiało Vincent. — Mogę jakąś bułkę?
Ze wszystkiego, co mógł wybrać, wybór padł akurat na coś tak prostego, jak bułka. Havu ze zdziwienia nie wiedział, co odpowiedzieć, aż w końcu zdecydował się na odpowiedź odpowiedzialnego ojca, który dba o zdrowie swoich dzieci.
— Bułkę mamy w domu.
Dumnie poprawił torbę na ramieniu i skinął głową do Vincenta, zachęcając chłopca, by za nim poszedł.
W domu Havu rzucił materiałową torbę na kuchenny blat i poszedł poszukać wspomnianej bułki. Jak się okazało, wszystkie bułki już zjadł, a w chlebaku została tylko kromka chleba tostowego. Zapomniana, z nowymi, zielonymi mieszkańcami, zwanymi pleśnią.
— A musi być bułka? — zapytał, udając, że dalej czegoś szuka.
Vincent grzecznie siedział na kanapie w salonie. Zanim jednak odpowiedział na pytanie, coś zapukało w szybę okna. Charakterystycznie, dwukrotnie, jakby chciało zwrócić na siebie uwagę.
Do szyby przykleił się wężowy ogon. A raczej coś, co przypominało wężowy ogon, bo na końcu znajdowała się wężowa głowa. Vincent zapomniał o swojej bułce i jedzeniu, a burczenie brzucha momentalnie ustało. Wystraszyła go nagła obecność potwora na tyle, że nad jego głową pojawiła się mała tęcza.
— Ktoś jeszcze z tobą przyszedł?
Vincent pokręcił głową, wbijając się bardziej w kanapę. Gdziekolwiek się nie znajdował, tam zaraz pojawiały się problemy. Zaczynał się obawiać, że musi być naprawdę pechowym dzieciakiem.
Wężowa głowa raz jeszcze zapukała w okno. Havu, przyzwyczajony do widoku różnych dziwnych stworów, podszedł niespiesznie do okna i je zasłonił. Uznał, że może w ten sposób pomoże Vincentowi i uchroni go przed ewentualną niechcianą teleportacją.
— Chcesz jogurt? — kontynuował.
— On tam dalej jest — wyszeptał Vincent. — Możemy coś z nim zrobić?
— Jak go nie widzisz, to on ciebie też nie widzi — odpowiedział zupełnie poważnie.
— To chyba tak nie działa…
Wężowa głowa ponownie zapukała w okno.
— Może po prostu go wpuszczę tutaj.
Havu podszedł znowu do okna, a Vincent momentalnie poderwał się z kanapy.
— Nie! — krzyknął wystraszony. — Boję się węży.
Dosyć często można było usłyszeć to z cudzych ust. Boję się węży, boję się owadów, boję się pająków. Dobrze, że ten wąż był kulturalny, bo gdyby w okno pukał dwugłowy pająk, to Vincent mógłby tego nie przeżyć.
— Poczekaj, zobaczymy, czego chce.
Havu odsłonił okno i je otworzył. Wężowa głowa uśmiechnęła się, skinęła jakby w podziękowaniu i wpełzła do środka mieszkania. Był to dosyć duży potwór, na dodatek ubrany w garnitur, co mężczyźnie do bólu przypominało tego żabiego stwora, który jakiś czas temu nie dawał mu spokoju i przez którego wylądował w misce zupy.
— No, jak widzisz Vincent, jest to bardzo kulturalny…
Nie dokończył, bo w tym momencie zestresowany i wystraszony dzieciak utworzył na tyle dużą tęczę, że zaczął znikać w jej oparach. Havu zareagował zbyt późno, by go złapać i przytrzymać. Vincent zniknął. Teleportował się i nikt nie wiedział dokąd.
— Widzisz, co zrobiłeś? — Odwrócił się do węża. — Dziecko mi zgubiłeś.
— Przeprassssssszam… — wysyczał. — Ssssssgubił czapkę.
Rzucił na ziemię najzwyklejszą czapkę z daszkiem. Szkoda, że Vincent nawet jej nie ubierze, bo zdążył zniknąć.
— Super — westchnął. — Dzięki. Przekażę mu.
Wąż się ukłonił i wypełznął przez otwarte okno.

────
[732 słowa: Havu otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 25 sierpnia 2026

Od Dahlii CD Chaita — „Haul away Joe”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Wzdrygnęła się.
— Jakie potwory, Chait? Zombie? — Próbowała zażartować, choć nie było jej do śmiechu.
W odpowiedzi dostała wzruszenie ramionami.
Spojrzała na swoją część ściany, która już była wyszorowana. Najlepsze za nimi minęło, dalej będzie tylko gorzej. Krople ściekały po ciemnej, chropowatej powierzchni, a bąbelki przesuwały się wraz z nimi. Mogłaby przysiąc, że raz ułożyły się w złośliwy uśmieszek. Wzięła głęboki oddech i kontynuowała.
— Tam są śmieci. Nie zaskoczę cię, będziemy je zbierać. Recyklingować. Kolejne ściany do wyszorowania. A, uważaj, jak tam będziesz szedł. Zerknęłam i jakieś dziecko tam narzygało.
Chait tylko przytaknął. Dahlia była wdzięczna losom za to, że miał duże doświadczenie w pracy z dziećmi. Wiele współpracowników w tym parku miało z tym problem. Zasłaniali się emetofobią, byleby reszta sprzątała za nich. Miała tylko nadzieję, że nie spełnią się jego słowa odnośnie potworów. Szorowanie syfu, bo odrzuciła absztyfikanta z urażonym ego, to jedno. Drugim była walka z tatałajstwem z Tartaru, akurat wtedy, kiedy by nie miała swojej broni. Nie licząc plastikowych pierdółek, które mogły co najwyżej uszkodzić oko. Oraz jej dumę.
Jedyną drogą wyjścia była bramka, otwarta. Raczej nie powinna magicznie się zamknąć. Raczej. Nie miała beefa z żadnym z bogów czy z pomniejszymi popierdółkami, które uprzykrzają życie. Korytarz był przestronny, problem leżał w metalowej rampie, o którą obijali się głowami. I którą też musieli czyścić z wymiocin anonimowego dzieciaka. Gdyby ktoś ich zaatakował, mieliby czystą drogę ucieczki. W dodatku jest dość jasno, a potwory rzadko atakują w biały dzień, przy tłumie. Widocznie i one łatwo się przestymulowały przez jazgoty i krzyki dzieci. Czas wyrzucić z głowy głupie myśli o potencjalnym ataku.
Przez kolejne pół godziny przestrzeń wypełniały odgłosy szorowania. W pewnym momencie było tak cicho, że z nudów przewidywała, czy Chait szoruje w prawo, czy lewo. Przerwa i cichy pomruk sygnalizowały, że natrafił na kawałek ściany, który lekko podpleśniał i odpadał. Oczywiście, że to nie był prawdziwy kamień, tylko jakieś paskudztwo pomalowane żywicą, bo kto by chciał ryzykować pozwami. Czy to od inspektorów, czy wzburzonych rodziców. Barki oraz kolana Dahlii zaczęły boleć, od ciągłego schylania się. Parę razy też uderzyła się w głowę. Przeklinając w głowie potokami, zdecydowała się na przełamanie ciszy.
— Długo już pracujesz?
— Odkąd mam osiemnaście lat. — odpowiedział zdawkowo.
Odgłosy szorowania znowu wypełniły korytarz. Nie zniechęciło to Dahlii, która miała jakieś doświadczenie z tego typu odpowiedziami. Nie dałaby rady zliczyć, ile już próbowała coś wycisnąć z wywiadu, który mógł się zmieścić na paragonie z pomniejszego sklepu.
— A co przed osiemnastką?
Chait w tym momencie zawahał się, zastanawiając się nad odpowiedzią.
— W sumie to nic szczególnego…
Jego wypowiedź nagle przerwał brzdęk. Pochodzący z czeluści. Tej samej, o której mówił Chait.
On automatycznie podniósł mopa, kierując w stronę potencjalnego przeciwnika powierzchnią czyszczącą. Dahlia zasłoniła połowę swojego ciała wózkiem. Kto wie, może butelki z detergentami są dobra amunicją na potwora. Jeszcze by się okazało, że zamiast wydawać kupę kasy na spiż, mogli po prostu rzucać w blemmejów czy erynie kapsułkami do prania. Poza tym miała tylko szczotkę. Bogowie niech będą przeklęci, jeżeli coś ich tutaj zaatakuje. Chyba że zawsze chcieli zobaczyć wyjątkowo umytego stwora.
Dźwięk rozległ się jeszcze parę razy. Brzdęk, klang, klang, dzyń. Tak, jakby garnek spadł.
Spojrzeli na siebie pytająco. W końcu postanowili podejść, krok po kroku, do źródła, ze starannym ominięciem zastygniętej kałuży rzygowin. Może było to idiotyczne, ale to był naturalny dylemat półboga: zobaczyć, jaki to potwór i zostać zjedzonym, albo wybiec z krzykiem w tłum ludzi i zostać uznanym za czubka. Dahlia nie miała ochoty się dobijać nadszarpnięciem statusu wśród współpracowników. Chaitowi też by się to nie uśmiechało, nie podczas pierwszego tygodnia.
— Chyba dawno tu nie sprzątali. — skomentowała Dahlia, kiedy im oczom ujrzała się sterta śmieci.
— Co za niespodzianka. — odmruknął towarzysz niedoli.
Śmieci były specjalnie przesunięte tak, żeby odwiedzający nie byli w stanie tego dostrzec. Gdyby nie okoliczności, narzekałaby na lenistwo oraz kretynizm.
Chait flankował, odsłaniając jak najwięcej światła z reflektorów. Spojrzał na Dahlię pytająco.
— Ja mam tam zajrzeć, rozumiem? — zapytała ze znużeniem.
Zerknął w czeluść ze zwątpieniem.
— No jak nie chcesz, to mogę zobaczyć, co się tam dzieje.
— Dobra, oby to było nic. Żaden potwór, żadne zombie, proszę. — skwitowała.
Oby nikt tutaj nie przyszedł. Wystarczająco by się zapadła pod ziemię, gdyby ktoś ją zobaczył w pozycji obronnej, ze szczotką jako bronią. Albo, co gorsza, uwiecznił w jakimś cholernym Iphone.
Przez chwilę weszła w półmrok. Przypomniała sobie problem z tym korytarzem. Wstepnie „jaskinia” miała mieć więcej komór, w tym siedlisko korsarzy i przemytników. Ucięli później te plany, tłumacząc to brakiem budżetu oraz niedostatecznymi zabezpieczeniami na wypadek ewakuacji czy pożaru. Zostawili parę korytarzy, w tym ten, na wypadek, gdyby plany się zmieniły. Szansa na potwora była wysoka. Jeszcze większa na cholerne śmieci, upchnięte przez człowieka zarabiające psie pieniądze. Z jednej strony rozumiała to, a z drugiej wolałaby naprawdę nie wdeptywać w jakieś gumy do żucia, żelki, czy cholerne wiaderko. Przy ostatnim przedmiocie akurat plułaby sobie potężnie w brodę.
Rozległy się kolejne brzdęki. Jej oczy przyzwyczajały się do półmroku, a sama powstrzymywała się przed odruchowym wycofaniem się. Dopóki nie zlokalizowała źródła problemu. Weszła całkowicie w półmrok i się pochyliła.
— Co tam masz, Dahlia?
Chait widocznie się niecierpliwił, nie mogąc dostrzec, co się tam działo. Dalej trzymał mop w gotowości bojowej.
— Niebezpieczną bestię. — odparła spokojnie.
Skonfundowało go to trochę.
— Jaką?
Rozległo się donośne miauknięcie. Dahlia wychyliła się z ciemności, trzymając w ręce mizernego, brudnego kota. Widocznie nie był zadowolony z nagłego podniesienia, protestował jak mógł. Szczęki zaciskał na jej kciuku, kiedy była okazja.
— No Sfinks to nie jest, na pewno. Chyba tym wiaderkiem przesunęłam parę śmieci i się na niego zawaliły. Lubisz koty? — nie czekała na odpowiedź, złapała kota za skórę szyi i od razu dała Chaitowi potrzymać.
Chait z bliska mógł zobaczyć, że było to kocię. Kocię na etapie radzenia sobie w dorosłym życiu, nie wymagało opieki matki. Bure, z jasnymi oczami, cherlawe, z małym brzuchem. Umorusane w czymś, co przypominało tłuszcz oraz smołę. Dobrze, że trzymał tego kota w rękawiczkach. Płci nie umiał sprecyzować.
— Widocznie szukał tu jedzenia. — mruknął Chait, oglądając zwierza z każdej strony.
— Potwór poskromiony, czas wysprzątać te śmieci. — dodała Dahlia, z nieskrywaną z ulgą.


Chait?
────
[1002 słowa: Dahlia otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

sobota, 22 sierpnia 2026

Od Atlasa CD Arisu — „Jak sprzątnąć kogoś w 3 sekundy”

Poprzednie opowiadanie

LATO, ROK TEMU

Atlas diagnozę ADHD po raz pierwszy usłyszał w podstawówce. Nie miał pojęcia, co to do końca znaczy jeszcze przynajmniej przez kolejnych kilka lat. Miła pani psycholog mówiła mu: „po prostu urodziłeś się trochę inny od innych”. W szkole czasami miał specjalne względy, jak na przykład dłuższy czas na kartkówkach albo ciężkie westchnięcia dyrektora, kiedy znowu sprawił jakiś kłopot, a wychowawczyni wspominała o orzeczeniu.
W Obozie Jupiter dowiedział się, że ADHD było mechanizmem przetrwania półbogów. Dzięki ADHD był w stanie skupić się w ferworze walki z potworami. Jego ciało było nastawione na to, żeby być legionistą, nie na to, żeby ślęczyć w nudnej klasie i słuchać o równaniach diofantycznych.
Teraz pomyślał, że tak naprawdę wszystko sprowadzało się do tego jednego momentu. ADHD nie przygotowało go na przeżycie w półboskim świecie, ADHD zadbało o to, żeby mógł teraz stać jak kołek pośrodku grupki ujadających dzieci i nie wariować. Biorąc pod uwagę to, że jego organizm znajdował się w fazie „walcz lub uciekaj”, w sumie nie różniło się to za dużo od walki z potworami.
Jeden dzieciak mówił coś o orłach, drugi o treningach, trzeci o koniach. Zebulon cały czas kołysał się w miejscu i szarpał za rękę kolegi. Jessica zaczęła pociągać nosem. Brian chciał kanapkę z masłem orzechowym i dżemem, ale dżem koniecznie musiał być taki, jaki zawsze dawał mu tata, bo żadnego innego nie lubił. Arisu wydała swoje polecenie. Zebulon robił do koleżanki niezidentyfikowane miny i Atlas zastawił mu usta ręką, tylko po to, żeby poczuć, jak chłopiec liże mu dłoń. Włożył całą siłę woli w to, żeby nie zacząć krzyczeć, bo przypomniał sobie o wszystkich niezidentyfikowanych przedmiotach lizanych i zjadanych przez dzieci, jako przykład mając w głowie wizję glutów.
Jeszcze raz, wróć. Arisu wydała polecenie. „Wiesz, jak poruszać się po obozie, żeby unikać ludzi i obowiązków”. Czy to był komplement? Zależy, od której strony miał to interpretować i czego akurat dotyczyła sytuacja. W normalnych warunkach ze strony Arisu to byłaby złośliwa uwaga, w tym przypadku nawet brzmiało jak komplement. „Więc znajdź nam taką trasę, żebyśmy mogli sprawdzić teren najbardziej po cichu, jak się da”. Polecenie. Powierzyła mu zrobienie czegoś. Czegoś innego niż sprzątanie, tynkowanie dziur albo siedzenie cicho, żeby jej nie wkurwiać.
Małe uczucie dumy, że został jakkolwiek pochwalony przez dziewczynę, szybko zostało zdeptane przez coś, czego Atlas nienawidził absolutnie najbardziej, a była to presja i poczucie obowiązku. Arisu powierzyła mu zadanie, ODPOWIEDZIALNE zadanie, którego nie mógł spieprzyć, a co gorsza, nie mógł się nawet skutecznie od niego wymigać. Nie miał nawet kilku dni roboczych, żeby przetrawić sam fakt, że musi coś zrobić i przygotować się na to psychicznie (albo znaleźć powód, żeby od tego uciec).
Przecież sam wcześniej sugerował jej, że jest dzieckiem boga podróży i (prawie) niezawodną orientację w terenie miał wbudowaną w procesor. Wiedział, że pod ich stopami jest system tuneli. Jeśli zignorowałby fakt, że mogli poruszać się nimi wyłącznie pretorzy, to z całą pewnością wiedziałby, w którą stronę skręcić.
— Wiesz, że bardzo ci się nie spodoba mój pomysł, prawda?
To było pytanie retoryczne. Nawet najlepszy pomysł na świecie nie spodobałby się Arisu, gdyby został wymyślony przez Atlasa, a ten konkretny już z całą pewnością nie zaliczał się do najlepszych.

Zaletą obecności dzieci było to, że Arisu nie mogła publicznie zlinczować Atlasa. Gdyby wykrzyczała wszystko to, co mamrotała pod nosem, najprawdopodobniej wyrządziłaby nieodwracalną szkodę w ich małych, plastycznych umysłach. Nie mogła nawet szczególnie mocno sprzeczać się, że to zły pomysł i w ogóle to czy jego pojebało, bo nie mogli zdradzić przed dziećmi, że to nie jest element wycieczki.
Zebrali się jak najbliżej siebie. Atlas włączył mechanizm naścienny i tunel rozjaśnił słaby ogień ułożonych kolejno pochodni.
Tak, mieli przejebane, jeśli ktoś by ich zobaczył, to czekało ich wydalenie z obozu, publiczna egzekucja, bla, bla, bla, nie trzeba było się dodatkowo powtarzać. Mimo wszystko Atlas uznał włamanie się do podziemnych tuneli za jedną z bezpieczniejszych dla nich opcji. Bezpieczniejszą, niż paradowanie na widoku Obozu Jupiter z gromadką rozwrzeszczanych dzieci, to na pewno. Nawet rozwrzeszczenie nie stanowiło już problemu, bo dzieci były zbyt wystraszone panującą dookoła ciemnością i pająkami wielkości ich głowy, żeby piszczeć im nad uchem o kanapce z masłem orzechowym i dżemem.
— Nikt tu nie ma wstępu — próbował udobruchać Arisu Atlas.
— Och, doprawdy? — syknęła na niego.
Ich obecność była swoistym zaprzeczeniem.
— Nikt oprócz pretorów. — Atlas tylko się pogrążał. — …i kogoś, kto potrafi otwierać magicznie zaklęte zamki.
Pomachał jej palcami przed twarzą, podkreślając, że chodzi mu o niego samego. Wydawała się tylko bardziej wkurzona.
— Pretorzy chodzą tędy, żeby szybko się przemieścić z punktu A do punktu B. Poza tym to droga ucieczki w razie gdyby obóz był pod atakiem.
— Boję się ciemności — załkała Jessica, przerywając im sprzeczkę. W nikłym blasku pochodni Atlas dostrzegł, jak po zaczerwienionych policzkach spływają jej łzy. Łkanie przerwała tylko na pociągnięcie nosem.
Jej strach udzielał się pozostałym dzieciom. Wszystkie miały oczy szerokie jak spodki. Brian trząsł się jak osika. Nawet Zebulon przestał się wiercić, chociaż wciąż rozglądał się bacznie z zaciekawieniem i jako jedyny nie wydawał się na skraju płaczu.
— Gdzie idziemy? — zapytał Kalel, wlepiając swoje szczenięce spojrzenie w Atlasa i Arisu. Wciąż ściskał dłoń Zebulona.
— To droga na skróty — wytłumaczył Atlas. W teorii nikogo nie okłamał. — Sprawdzimy wszystko po kolei. Stajnie, orły, treningi…
— Łaźnie też? — zapytał z nadzieją Brian.
Atlas miał nadzieję, że nie, bo Kailey powita ich z otwartymi ramionami od razu po przejściu pierwszego włazu i wcale nie będą musieli iść już dalej.
— Zobaczymy.
W oczach dziecka było to równoznaczne ze zgodą, więc niektóre z dzieciaków rozbudziły się nieco. Atlas chyba wolał je kompletnie zastraszone.
— A będziemy mogli wejść do basenu?
— Nie mam kostiumu kąpielowego — powiedziała Bailey zawiedziona.
Atlas pociągnął Arisu za rękaw i pokazał jej palcem pierwszy właz kilka metrów dalej. Długa drabina wspinała się po ścianie i prowadziła do klapy z cesarskiego złota.
— To powinno być wyjście do zbrojowni. Wszystkie wyjścia są zamknięte magicznie, ale powinienem umieć je otworzyć.
Pojawiało się kilka ważniejszych pytań. Na przykład to, czy powinni wyjść wszystkimi dziećmi. Może lepiej by było, żeby Atlas szybko sprawdził teren, a reszta została w dole? Poza tym umieszczanie Zebulona w okolicach prawdziwych mieczy i łuków mogło nie być najlepszym pomysłem. Walker spojrzał na Arisu, licząc, że to ona przejmie dowodzenie. Jego działka polegała na tym, żeby przeprowadzić ich przez Obóz Jupiter w miarę sekretnie, nie mógł brać też ewentualnej odpowiedzialności za ucięte paluszki.


Arisu?
────
[1045 słów: Atlas otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

Od Cherry CD Arisu — „Don't hang yourself inside my courtroom”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Nawet cholerna taśma klejąca była cała w brokacie.
Cherry czuła się całkowicie bezużyteczna. To była jej wina. Nie musiała zaglądać na najwyższe półki, kto jej kazał to robić? Miała pod ręką wystarczającą ilość badziewnych ozdób na niższych piętrach magazynu. Sama Arisu zainsynuowała, że zaglądanie tam nie ma większego sensu. Może miała bardziej sprawdzone przeczucia od Cherry, a może matka Wiktoria szepnęła jej na uszko, że lepiej tam nie patrzeć. Szkoda, że bogini zwycięstwa nie sprawiła także, że tuby z brokatem okazałyby się niewypałami.
Sklejoną taśmę rzuciła wściekle na kupkę rzeczy kompletnie bezużytecznych, która notabene sama była teraz kupką brokatu. Odgarnęła włosy z twarzy i ze złością zauważyła, że policzki ma pokryte brokatem, więc próbowała mało skutecznie strzepnąć z siebie kawałki plastiku. Złośliwie przykleiły jej się do spoconych dłoni.
Przechodziła wszystkie etapy żałoby. Na raz, prawdopodobnie, bo nie była pewna, na którym etapie aktualnie jest. Czuła się do niczego i wcale nie pomagał jej fakt, że to ona była centurionką i powinna przejąć dowodzenie, ale to Arisu w pierwszej chwili wiedziała, co powinni zrobić. Cherry najchętniej jeszcze chwilę postałaby pośrodku tego syfu i pozastanawiała się nad sensem swojego życia.
Ze złością zaczęła strzepywać brokat zgromadzony na półkach i kartonach (tych zamkniętych, bo o tych otwartych, do środka których dostał się brokat i zmieszał się ze wszystkimi starożytnymi proporcami, nawet nie chciała myśleć) na podłogę. To i tak nie robiło już większej różnicy, skoro cała podłoga była brudna, a one i tak musiały od czegoś zacząć. Jeszcze chwila sam na sam z nadmiernym analizowaniem tego, jak przeprowadzić misję sprzątania, a Cherry mogłaby zwariować.
Z wielką ulgą przyjęła powrót Arisu, nawet jeśli oznaczało to, że teraz faktycznie muszą zacząć sprzątać. Przynajmniej teraz nie była z tym sama.
— Pomyślałam, że najpierw zamieciemy półki, a potem częściowo odkurzymy podłogę — poczuła głupią potrzebę wytłumaczenia się przed dziewczyną.
Arisu bez zbędnego gadania podała jej miotełkę do kurzu. Cherry westchnęła i zajęła się górnymi półkami. Teraz nawet gdyby okazało się, że Merwkurwiątka przygotowały więcej pułapek, nie miałoby to większego znaczenia. Gdyby kolejną pułapką miałyby być ukryte gdzieś laseczki dynamitu z systemem samozapłonu, to Cherry mogłaby im nawet podziękować.
W normalnych warunkach najlepszą formą umilenia sprzątania dla Cherry byłoby puszczenie playlisty składającej się z piosenek Shakiry i Pitbulla, ale teraz irytował ją nawet szelest miotełki. Kompletna cisza też by ją irytowała. Teraz dziękowała bogom, że jej towarzyszka nie była szczególnie rozmowna, bo gorsze byłoby tylko sprzątanie z kimś, kto nie umie pracować w ciszy, albo…
Drzwi magazynu otworzyły się, a podmuch otwieranych drzwi poderwał w powietrze jedną z kupek brokatu. Tak, tylko tego brakowało. Brakowało, żeby zjawił się przypadkowy obozowicz i został świadkiem tego, jak centurionka Czwartej Kohorty niezgrabnie zamiata brokat i jest na skraju załamania nerwowego. Nie lubiła czuć, że za swoimi plecami jest obiektem plotek i śmiechów, a niestety plotki rozchodziły się po Obozie Jupiter niezmiernie szybko.
— O. O chuj — skomentował przybysz dosyć trafnie. W przeciwieństwie do Cherry i Arisu, nie zareagował kompletnym załamaniem nerwowym. Chłopak o niebieskich włosach wytrzeszczył oczy na syf, a potem przeniósł wzrok kolejno na dziewczyny.
Cherry miała po dziurki w nosie dzieciaków Merkurego. Atlas miał pecha, że zjawił się w nieodpowiednim czasie.
— To byłeś ty? — syknęła, zaciskając palce na miotełce do kurzu, jakby chciała się nią bronić albo odwrotnie, szykowała się do ataku.
Atlas będący winowajcą w zasadzie miałby sens. Przede wszystkim spełniał najważniejsze kryterium: był dzieckiem Merkurego. Miał wyboistą relację zarówno z Arisu, jak i z Cherry. Źle patrzyło mu z oczu. Czy już wspominałem, że był dzieckiem Merkurego?
— Ja? Ja co? — zapytał nieskładnie, podnosząc ręce, ciężko stwierdzić, czy w geście poddania, czy w ramach obrony przed miotełką. — Że ja, że brokat? Nie, nie, nie. To nie ja. Arisu, powiedz, że to nie ja!
— Niestety to nie on — mruknęła cierpiętniczo Arisu. Nawet nie podniosła wzroku zza zmiotki. Ani trochę nie brzmiało to tak, jakby go broniła. Raczej była zawiedziona, że nie może niesłusznie zabić jakiegoś dzieciaka Merkurego, a tym bardziej, że Atlasowi się nie oberwie. — Był w składziku. Powiedziałam mu, że może nam pomóc.
— A ja jestem grzecznym chłopcem i oczywiście zawsze słucham się mądrzejszych koleżanek bez żadnego powodu — oznajmił, uśmiechając się głupio. — Cherry, a mogę jutro mieć wolne?
— Nie — odpowiedziały mu równocześnie.
Był na tyle mądry, żeby przyjąć miotłę, którą wcisnęła mu Arisu.
Cherry uniosła brew, wodząc wzrokiem pomiędzy ich dwójką, ale nie odezwała się ani słowem. Przynajmniej udało im się na chwilę odwrócić uwagę Cherry od myślenia o brokacie. Jeszcze rok temu Arisu w jego towarzystwie wyglądała, jakby chciała wbić nóż w jego serce i żywcem go przekręcić. Teraz była zdolna do ignorowania jego egzystencji, zamiast tego skupiając się na zamiataniu półek. A Atlas dobrowolnie przyszedł do tego magazynu! Nikt nie musiał przykuwać go łańcuchami do ściany, żeby nie mógł uciec! Ostatecznie Cherry dochodziła do wniosku, że nie powinna się tym interesować. Nie wypadało się tak zastanawiać nad czyimiś relacjami. Jeśli w końcu doszli do jakiegoś porozumienia, teoretycznie mogła być z siebie dumna, przecież właśnie o ich współpracę początkowo jej chodziło.
— Eee… a tak w sumie, to co się tutaj stało? — wyrwał ją z domysłów Atlas.
Bardzo nieudolnie zamiatał brokat w większe kupki. Przestał, żeby zadać pytanie, jakby nie potrafił robić dwóch rzeczy równocześnie. Na jego nieszczęście Arisu znała tę taktykę odwrócenia uwagi i gniewnie pokazała mu palcem w stronę niezamiecionych płatków brokatu pod regałem. Zmierzył ją krótkim zerknięciem, zdecydował, że nie wygra i sięgnął tam miotłą.
Cherry nawet nie wiedziała jak to wytłumaczyć, żeby nie zabrzmieć kompletnie żałośnie. Chciałaby zachować chociaż jakieś resztki swojej godności. Zwykłe przyznanie się, że dała się wrobić w pułapkę dzieci Merkurego, było ciosem poniżej jej honoru.
— Dzieci Merkurego zastawiły pułapkę w magazynie — bąknęła w odpowiedzi.
— Ahaaa. — Ewidentnie trawił, co dziewczyna właśnie do niego powiedziała. Na jego twarzy można było dostrzec, że trybiki jego mózgu działają bardzo powoli. — I nie możecie tego zrobić jakoś szybciej? Nie wiem, poprosić dzieciaka Jupitera, żeby wydmuchał cały ten brokat przez drzwi? Albo żeby jakieś dziecko wodnego bożka czy innego Neptuna go wypłukało?
Cherry wymieniła z Arisu bardzo zmęczone spojrzenie, które miało jej przekazać: „zabij go, bo ja już nie mam siły”.
— Tylko sugeruję — wymamrotał Atlas defensywnie, nagle speszony tym, że dziewczyny po cichu planują morderstwo.


Arisu?
────
[1017 słów: Cherry otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]