„To były wasze ostatnie wspólne walentynki”
Sztuka nowoczesna zawsze była specyficzna. Ciekawa i niebanalna. Niebanalny był też obraz przedstawiający stojącą na balkonie kobietę, u której nóg spała kura z pisklętami. Havu był zachwycony. Kura została odwzorowana z taką dbałością o szczegóły, że gdyby podejść bliżej, to można by było dostrzec zadrapania na jej małym dziobie.
Inne obrazy nie były tak interesujące. Ten miał w sobie coś, czego nie można było wytłumaczyć słowami.
— Przestań się tak gapić na te kury.
Przewrócił oczami. Tak ostentacyjnie, jak tylko się dało. W czym niby przeszkadzał? Tylko stał i podziwiał piękno ptaków.
— A ty przestań się gapić na rozebrane laski — podjął ze złośliwym uśmiechem. — Nie wiedziałem, że tak ci się podobają cycki.
Na drugim obrazie pośród zboża leżała okryta prześwitującą chustą kobieta. Wyglądała na dosyć młodą i ładną, ale według Havu artysta mógł się postarać bardziej.
— Nie rozumiesz sztuki. — Usłyszał w odpowiedzi.
— Na moje jesteś po prostu zbo-czeń-cem.
— Proszę, nie denerwuj mnie — westchnął. — Chciałem pomyśleć.
Havu pewnie by się nie zamknął, gdyby nie to, że przeszkodziła im… jakaś postać. Zielony, żabi stwór stał przed obrazem przedstawiającym Napoleona. Na głowie miał duży cylinder, a na ramionach elegancką marynarkę. Co dziwne, nie miał na sobie żadnych spodni ani butów.
— Zassstanawialiście się kiedyś, sssso to znasssy być bohaterem? — zasyczał.
Podejmowanie rozmowy z tym płazim stworem nie było dobrym pomysłem. Obydwoje wiedzieli to od początku, gdy odwracając od obrazów spojrzenia, napotkali się na żabie nogi i obrzydliwie zielony pysk.
Może na lepsze by im wyszło, gdyby zajęli się swoimi sprawami i udawali, że nie są opętani przez mitologiczne moce.
— Jesteś żabą Napoleonem?
Od tego się zaczęło. Troglodyta nie opuszczał ich na krok. Kiedy przeszli do następnego pomieszczenia, żaba szła za nimi.
Plask, plask, plask.
Odwrócili się. Troglodyta oglądał teraz obraz przedstawiający mężczyznę zanurzonego po kolana w bagnie. Może przypominało mu to żabi domek?
Wyglądało to tak, jakby troglodyta nie chciał ich zostawiać. Z jakiegoś niezrozumiałego dla nich powodu. Havu uważał to za zabawne, ale Judasowi wcale nie było do śmiechu, bo brzydził go obraz chodzącej za nimi żaby. Nie wspominając o irytującym dźwięki, jaki z siebie ten żabol wydawał, gdy chodził. Nie było to zwykle plaskanie. Było to naprawdę głośne uderzanie czegoś miękkiego i mokrego o wyszlifowaną podłogę muzeum. Gorzej, niż gdyby chodzić z kimś, kto założył na nogi płetwy.
— Przeszkadza mi to.
— To tylko żaba. — Wzruszył ramionami Havu. — Pójdzie sobie.
— Od godziny chodzi za nami. Czego chce? Nie możemy tego zabić?
— Boisz się żab?
— Po prostu są obrzydliwe — westchnął. Wyglądał na zdegustowanego samą myślą, że ten żabi stwór mógłby chodzić za nimi przez cały dzień. — Zabijmy to.
— Wyobraź sobie, że to zabijasz, a z niego wyłazi pełno małych żab. Chcesz tego?
Judas zamiast tego wyobraził sobie, jak chwyta za igłę oraz nitkę i zszywa Havu usta. Tak permanentnie.
— Wkurwiasz mnie dzisiaj. Tak wyjątkowo.
— A to jakaś nowość? — Odwrócił się i spojrzał raz jeszcze na troglodytę. Żabi stwór stał teraz przed obrazem z nagimi kobietami. Westchnął. Nawet żaba. — Mam pomysł. Chodź ze mną.
Havu poprowadził Judasa do wyjścia. Zupełnie zignorował fakt, że żaba również za nimi poszła, cały czas plaskając swoimi żabimi nogami o kafelkową podłogę.
Kiedy wyszli z muzeum, Havu obrał nieznany nikomu kierunek, sądząc, że może to zniechęcić troglodytę. Po co miałby chodzić za parką półbogów, którzy chcieli tylko popatrzeć na obrazy sztuki nowoczesnej? Szybko jednak przekonał się, że troglodyta ma inne plany i całą drogę szedł parę kroków za ich dwójką.
— To prawie jak nowe zwierzątko — zauważył Havu. Cała ta sytuacja zdawała się go bawić w przeciwieństwie do skrajnie obrzydzonego Judasa. Parę razy nawet złapał się za sygnet, który nosił na palcu, ale ostatecznie porzucał pomysł zabijania denerwującego żabiego stwora. — Podobno lubisz przybłędy. Nie chcesz nowego pieska?
— Przestań, jeszcze nas usłyszy — syknął.
Judas był święcie przekonany, że ta żaba ich podsłuchuje.
— I co takiego może usłyszeć? Myślisz, że żaby mają taki świetny słuch?
— Tak. Uczyli nas w szkołach. Żaby mają ponadprzeciętny słuch i słyszą więcej niż człowiek. — Odwrócił głowę i zerknął na troglodytę. Żaba szła za nimi, co jakiś czas zatrzymując się, by wciągnąć z ziemi jakiegoś ostałego przez zimę robala. — A to coś… na pewno podsłuchuje. Na Boga, znowu zgrzeszyłem.
Havu uderzył mężczyznę z łokcia. Mógł zrobić to zdecydowanie mocniej, bo Judas nawet się nie zgiął.
— Świetnie, to może opowiesz, który obraz był twoim ulubionym? Czyżby ten z nagą kobietą, leżącą w zbożu? To twoje klimaty? Fetysze? — mówił to, nie przestając się uśmiechać. — Myślisz, że żaby też mają fetysze?
— Nie patrzyłem na nagą kobietę. To wbrew…
— Czemu? Wbrew temu śmiesznemu celibatowi, który zdążyłeś już dziesięć razy złamać?
Judas zacisnął dłonie w pięści. Zachowywanie spokoju wychodziło mu z wyraźnym trudem.
— To przypadek.
— Przypadek, że akurat na walentynki chciałeś wyjść do muzeum sztuki nowoczesnej? Jezusie, Judas jesteś tragiczny w kłamstwa — zaśmiał się.
Żaba również się zaśmiała.
— Panowie ssszy wiessie mossse gdzie sssnajde prawdziwego bohatera? — Troglodyta się uśmiechnął, odsłaniając dziąsła. No tak, żaby nie miały zębów.
Unikanie troglodyty okazało się trudniejszym zadaniem, niż z początku się wydawało. Żabi kolega poszedł za nimi wszędzie. Podkreślam, wszędzie, bo Havu nawet nie mógł w spokoju wejść do publicznej toalety bez swojego nowego towarzysza. Skończyło się to tak, że on sikał, a żaba stała w przejściu i czekała aż skończy.
Potem było coraz gorzej, bo troglodyta przestał być cierpliwy. Zrobił się jeszcze bardziej upierdliwy, ciągle prosząc, by wskazali mu prawdziwego bohatera, którego szukał. Havu nawet pytał, czy nie mówi o Napoleonie (tego, któremu tak bacznie przyglądał się w muzeum), ale żaba tylko patrzyła na niego pustym spojrzeniem i powoli mrugała.
Weszli do pierwszej lepszej restauracji, która napatoczyła im się po drodze. Po części dlatego, bo zgłodnieli, ale też z myślą, że może troglodyta odpuści i pójdzie zawracać dupę komuś innemu. Pech chciał, że trafili akurat na czyjąś imprezę urodzinową, a jednym z kelnerów też był… troglodyta.
Dwie żaby w jednym miejscu. Tego jeszcze im brakowało. Ich przyjaciel na dodatek oszalał, gdy dostrzegł swojego pobratymca w fikuśnym fartuszku, niosącego tacę z napojami.
— To onnnn! — syknął i rzucił się biegiem w kierunku żabiego kelnera. Biegł tak, że nie patrzył na to, czy kogoś trąca, czy nie. Jedna kelnerka się o niego potknęła. Havu jakimś cudem złapał lecący talerz z gorącymi ziemniakami.
— Łap go! — krzyknął do Judasa, który z jakiegoś powodu poczuł, że to dobry czas na modlitwę i siedział ze złożonymi rękoma. — Ruszaj dupę! — Zamachnął się i kopnął mężczyznę w tylną część ciała. Dopiero to wybudziło go z chwilowego transu.
— Nie ma tu miejsca! — odkrzyknął poirytowany.
Znaleźli się pośrodku ogromnej imprezy. Wszędzie byli ludzie. Dosłownie wszędzie. Przy każdym możliwym stoliku. W każdym przejściu. Wyglądało to koszmarnie.
Walentynki. Chyba ostatni raz wychodzą wspólnie na walentynki.
Zaczęli się razem przeciskać przez tłum. Przepraszali i udawali, że nie słyszą, kiedy komuś spadła jedna, a potem druga szklanka z musującym szampanem. Musieli się szybko z tym uwinąć, zanim żabol zdąży wyrządzić komuś poważniejszą krzywdę.
— Chodź tu! — Havu przecisnął się przez dwóch wysokich mężczyzn i chwycił żabę za nogę. Troglodyta się przewrócił.
Stwory może i były małe, ale za to siły im nie brakowało. I częściowo sprytu również. Wykręcił się w odpowiedni sposób, by wyślizgnąć się (dosłownie, bo zostawił na dłoni Havu obrzydliwą maź) z uścisku.
Żaba biegła dalej, przeskakując przez krzesła i ludzkie głowy. Miał naprawdę dobre wybicie. Żabi kelner, którego obrał sobie za cel, nie zwrócił na niego szczególnej uwagi. Dalej roznosił gościom napoje.
Judas wpadł właśnie na jakąś kobietę i przypadkiem ochlapał ją czerwonym winem. Pech chciał, że miała na sobie białą koszulkę. Chwilę stał skołowany przed nią i próbował przeprosić.
— Chodź tu, kurwa, celibacie. — Został odciągnięty agresywnym szarpnięciem. — Przepraszam, paniusiu, to sprawa życia i śmierci! — krzyknął do kobiety, a ta odpowiedziała wyzwiskiem, w którym nazwała go rudą, bezczelną małpą.
Wyminęli obciskającą się parę, na której widok Havu wyjątkowo zmarszczył się na twarzy z obrzydzenia, a później wpadli na zaplecze, kierując się prosto do gorącej kuchni. Żaba musiała akurat tam pobiec, bo jego żabi kolega wrócił po kolejne danie do zaniesienia.
— Halo! Tutaj nie można! — krzyknął kucharz, którego zignorowali. — Proszę wyjść! Rozumiecie, proszę…
Żaba wybiła się w powietrze. Wskoczyła na zawieszoną pod sufitem lampę, która pod jej ciężarem urwała się i spadła kucharzowi na głowę. Troglodyta wylądował bezpiecznie na ziemi. Kucharz nieszczególnie bezpiecznie.
— Ej, co jest?! — Inny kucharz wybiegł na nich z metalową chochlą. Najpierw zamachnął się na Judasa, a później próbował trafić w Havu. — Dzwonię na policję! — wrzeszczał.
Havu zaklął pod nosem. Jeśli za chwilę nie złapią tej denerwującej żaby, to trafią na dołek za powalenie lampą kucharza, chociaż to nie oni na nią wskoczyli.
— Jebana żaba. Wracaj tu! — krzyczał, ale troglodyta miał ich głęboko w dupie. O dziwo cylinder wciąż trzymał się na jego żabiej łepetynie.
Chcieli pobiec dalej, ale śliska podłoga okazała się zdradziecka — Havu stracił równowagę i w pierwszym odruchu złapał rękaw płaszcza Judasa. Mężczyzna stracił grunt pod nogami, ale próbował jeszcze chwilę się ratować. We dwójkę byli jednak trochę zbyt ciężscy, by wyjść z tego zwycięsko i wpadli na blat, na którym stała gorąca zupa.
Wystarczył jeden ruch, jedna ręka, która przypadkiem pociągnęła za sobą gar, by cały ciepły bulion z makaronem wylądował na ich ubraniach, głowach oraz podłodze.
Judas leżał na brudnej, kuchennej ziemi, a Havu na nim. Był to zdecydowanie najgorszy upadek, jakiego w życiu doświadczył. Nawet w obozie nie zdarzyło mu się wylać na ziemie gorący gar zupy.
— Nie patrz się tak na mnie — powiedział z przekąsem, czując na sobie świdrujący wzrok Judasa. — Pierwszy raz oblałeś się zupą?
Spróbował się podnieść, ale poczuł coś ciężkiego na swoich plecach. To był on — troglodyta. Usiadł sobie na plecach rudowłosego i z zadowoleniem przyglądał się bałaganowi, który wyrządził.
— Chyba musimy zostać w tej zupie. — Teraz to Judas skorzystał z niekomfortowej sytuacji, w jakiej się znaleźli, by podenerwować Havu.
Havu zacisnął zęby. Makron spadł mu z włosów prosto na twarz Judasa.
— Lubisz makaron nitki? — Uśmiechnął się, próbując powstrzymać śmiech. Makaron zepsuł całą atmosferę.
— Może lubię.
Wziął ten makaron i włożył sobie do ust. Przegryzł kilka razy i przełknął.
O ja pierdolę.
Przerwał im ryk policyjnej syreny. Żaba też już dawno zdążyła zejść Havu z pleców.
Poderwali się na równie nogi, prawie znowu przewracając. Musieli siebie nawzajem powstrzymywać, bo cała podłoga była teraz w zupie. Makaron kleił im się do podeszwy butów.
Kucharz z chochlą zdążył zniknąć. Pewnie wezwał z innymi policję, która zaraz zastanie ich w doprawdy żałosnym stanie, chyba że zdążą stąd wyjść.
— Wyjście ewakuacyjne! Szybko.
Chwycił Judasa za mokrą dłoń i wyciągnął z dusznej, śmierdzącej gorącą zupą, kuchni. Na ich szczęście (a raczej nieszczęście) drzwi ewakuacyjne pozostały otwarte. Dobrze, że restauracja działała zgodnie z zasadami, bo gdyby zamykali takie wyjścia na klucz, to mogliby jeszcze ich za to zgłosić.
Samo wyjście na zewnątrz też nie oznaczało wygranej — musieli się przecież jeszcze schować. Jeden z policjantów kręcił się przy budynku, próbując znaleźć dwóch dorosłych facetów, którzy zepsuli czyjeś walentynkowe przyjęcie.
— Nie odzywaj się — syknął Havu.
Jakimś sposobem udało mu się ich obydwu schować w cieniu. Nie było to łatwe zadanie, bo zazwyczaj prościej było schować się samemu, a nie z chłopem mierzącym metr dziewięćdziesiąt pięć wzrostu, który na dodatek lepił się cały od zupy, a z jego włosów spadały nitki rozgotowanego makaronu.
Zbyt długo to wszystko trwało. Nie mogli się ruszyć, bo istniała szansa, że Havu nie da rady utrzymać Judasa w cieniu. Wolał zostać przyparty do muru; a przez to, że stał tak z nim w bez ruchu, może odnowił tę zupową atmosferę, w której chwilę temu się znaleźli.
— Hej, łapy przy sobie — warknął, czując, że go obejmuje od tyłu. Pachniał jak tani bulion drobiowy. — Mamusia cię nie nauczyła?
— Jestem samoukiem — szepnął mu do ucha.
Skurwysyn. Nawet w tej sytuacji.
Mógłby go odepchnąć, gdyby nie to, że wtedy zniszczyłby tę całą badziewną przykrywkę. Pozwolił mu się dotknąć, bo nie miał innego wyboru. I najgorsze, że nawet mu się to spodobało.
— Hej, Judas. — Odwrócił się do niego. Drzwi wyjścia ewakuacyjnego się uchyliły. Jeden policjant wyszedł na zewnątrz. — Lubisz, jak ktoś patrzy?
Nie pozwolił mu odpowiedzieć. Upewnił się jeszcze, że formacja cienia dalej się utrzymuje i bez słowa pociągnął mężczyznę za oblepiony tłustą zupą kołnierz. Przez sekundę patrzył mu prowokująco w oczy, zanim finalnie go pocałował.
Dłoń mężczyzny owinęła się wokół jego karku, druga zaś objęła go w talii, zamykając w szczelnym uścisku, z którego już się nie dało wydostać.
Drzwi trzasnęły z hukiem. Policjant wrócił do środka restauracji.
— Jedenasty raz. — Odsunął się, odsłaniając ich przed światem żywych. Policja już raczej tutaj nie wróci.
— Co?
— Jedenasty raz złamałeś swój głupi celibat.
Judas westchnął. Teraz to było jego ostatnie zmartwienie.
— Nie chcesz złamać go po raz dwunasty? — rzucił całkowicie pewny siebie.
— Ugh, nie. Wystarczy mi. — Odepchnął mężczyznę od siebie. — Jesteś okropny w podrywach. Jak ty mogłeś kiedykolwiek kogoś wyrwać?
Ich dyskusja mogłaby rozwinąć się jeszcze bardziej, ale Havu po prostu wyszedł na ulicę w mokrych ciuchach i z ukrywaną złością próbował wyczarować na telefonie najszybszą trasę powrotną do domu.
Przez myśl mu przeszło, że to już na pewno będą ich ostatnie walentynki. Wiedział jednak, że gdyby otrzymał znowu zaproszenie, to by je przyjął nawet kosztem użerania się z denerwującym troglodytą.
— Jesteś z siebie dumny? — zapytał, żaby, która usiadła naprzeciwko nich w metrze. Nikt inny nie chciał obok ich dwójki siedzieć. Przepotwornie śmierdzieli zdechłą kurą.
— Dziękuję wam. Znalasssłem go.
Troglodyta wysiadł na najbliższej stacji. Mieli nadzieję, że już więcej go nie spotkają.
♡
[2182 słowa: Havu otrzymuje 21 Punktów Doświadczenia + 20 PD]