piątek, 4 kwietnia 2025

Od Ishy — „Dopo il dolce vien l'amaro"

Po słodyczy przychodzi gorycz.
Och, wszyscy przodkowie, jak bardzo pragnęła, żeby to przysłowie, które kiedyś, dawno temu, powiedziała jej Nonna, okazało się fałszywe.
Liścik na blacie kuchennym—choć „liścik” to może za mało powiedziane. Raczej list, cholerna epopeja, przyduszony pustą, kwadratową szklanką, z której wciąż śmierdziało colą i rumem. Skrzywiła się. A więc jednak. Spakowała swoje graty i odeszła.
Cóż, przynajmniej jeden problem miała z głowy. Nie musiała już bujać się z wyrzucaniem jej rzeczy, co pewnie skończyłoby się śmieciowym armagedonem na całym piętrze. A wojna z sąsiadami to ostatnie, czego teraz potrzebowała.
Znała ją dobrze. Wiedziała, jaki bałagan mogła zostawić po sobie jej ex. Isha nie miała wątpliwości, że wyprowadzka musiała być huczna — znając tę durną pizdę, pewnie zrobiła z tego wydarzenia spektakl. Ciekawe, czy coś jej ukradła. Może tego złotego żółwia, który pod skorupą miał skrytkę na biżuterię? Musiała to później sprawdzić…
Zmęczenie po pracy było przytłaczające, powieki same się zamykały, powoli odcinając ją od świadomej rzeczywistości. Chciała jednak posprzątać. Jutrzejszy dzień miała wolny i nie zamierzała spędzić go na przerzucaniu ubrań rozrzuconych po pokoju czy sprzątaniu szkła z rozbitej ramki.
Och… no tak. Ramki.
Większość z nich leżała na dywanie, szkło pokruszone, drewno połamane. Jej twarz została wycięta ze zdjęć. Na niektórych były dorysowane rogi, na innych czarne krzyżyki na oczach. Były i takie, gdzie twarz Ishy została zakreślona w czerwonym kółku, jak cel na tarczy strzelniczej.
Jakaś jej część miała ochotę się zaśmiać. Ta dziecinada, szczeniackie wręcz surrealistyczne zachowanie jej byłej było nie do pomyślenia. A jednak... nie potrafiła. Było jej zbyt przykro. Kolejny raz czuła się wykorzystana.
Tylko dlatego, że komuś spodobało się jej ciało.
Więc po co tamta wchodziła z nią w związek? Dla mieszkania za darmo? Dla nieograniczonych ilości jedzenia, które jej matka regularnie im podrzucała?
“Och, proszę cię. Ja miałabym się w tobie zakochać?"
A mogła jej pierdolnąć wazonem, jak się wtedy kłóciły.
Isha zacisnęła palce na krawędzi blatu. Cieszyła się, że nie miała w domu luster, poza tymi w sypialni i łazience. Gdyby teraz zobaczyła swoją twarz... musiałaby sprzątać jeszcze więcej szkła.
Rozejrzała się po pokoju: regał, gdzie Asha trzymała swoje sportowe nagrody, stał pusty. Prawie pusty. Jedna ramka została. Leżała przewrócona na półce, jakby ktoś cisnął nią o ścianę, ale nie zadał sobie trudu, by dokończyć dzieła zniszczenia.
Wzięła ją do ręki, a dolna warga zadrżała.
Na zdjęciu widniała ona. Kiedyś. Jeszcze w czasach, gdy myślała, że jest kochana. Jej twarz przekreślona wielkim, czarnym X.
Odwróciła ramkę.
Na odwrocie, dużymi, niestarannymi literami, ktoś wypisał życzenie szybkiej, bolesnej śmierci wymieszane ze slurami.
Naprawdę?
Czy przez cały ten czas Asha tak na nią patrzyła? Jako zwyczajna rzecz? Przedmiot, który mogła wziąć, gdy tylko chciała a rzucić, kiedy jej się znudził? Te słowa odbijały się echem w jej głowie, uderzając raz za razem, rozrywając jej myśli na strzępy. Cały ten czas… całe te miesiące… były niczym? Była dla niej jak kawałek mięsa bez uczuć?
Isha wpatrywała się w słowa nabazgrane na odwrocie zdjęcia, a jej dłonie zaczęły drżeć. Czuła, jak powoli ogarnia ją chłód, jakby ktoś wyciągnął z niej całe ciepło. Nagle oddech stał się płytki, nierówny, urywany. Serce waliło w piersi jak oszalałe, a w gardle rosła gula, której nie mogła przełknąć.
Poczuła, jak uginają się pod nią nogi. Ramka wypadła jej z dłoni, rozbijając się na podłodze z cichym trzaskiem.
— N-nie… — wyszeptała, ale głos jej się załamał.
A potem przyszły łzy. Najpierw pojedyncze, powolne, niemal ciche, spływały po jej policzkach jak krople deszczu na zaparowanym oknie. Ale zaraz potem coś w niej pękło.
Z gardła wyrwał się szloch. Całe jej ciało zaczęło się trząść. Oparła się plecami o ścianę, zsunęła na podłogę, dłonie zacisnęła we włosach.
— Nienawidzę cię kurwa… — wysyczała przez łzy, ale głos jej drżał, wcale nie brzmiał przekonująco.
A jednak to ona tu siedziała. Płakała. Trzęsła się jak dziecko, któremu ktoś wyrwał z rąk ulubioną zabawkę i podeptał ją na jej oczach.
Próbowała złapać oddech, ale nie mogła. Płuca nie nadążały, głowa zaczęła pulsować. W pokoju było nagle za mało powietrza. Krzyk wydarł się z jej piersi, dziki, pełen bólu.
Sięgnęła ręką, szukając czegokolwiek, czegokolwiek, co mogłaby chwycić, czym mogłaby rzucić, co mogłoby jakoś... jakkolwiek ukarać to miejsce, te ściany, to mieszkanie, które było świadkiem jej naiwności.
Chwyciła pierwszą rzecz, którą poczuła pod palcami — kolejną ramkę. Bez namysłu cisnęła nią w ścianę. Szkło rozprysło się na wszystkie strony, dźwięk odbił się echem po pustym mieszkaniu.
Ale to nie pomogło.
Nic nie pomagało.
Zwinęła się w sobie, chowając twarz w dłoniach, a łzy nadal spływały, zostawiając mokre ślady na jej skórze. Cały czas zastanawiała się, jak mogła być tak cholernie głupia, może jednak Asha miała rację i była nic nie wartą, naiwną idiotką? Jakaś część Ishy za cholerę nie chciała w to wierzyć, druga część zaś - utkwiła w tym przekonaniu, a słowa byłej partnerki odbijały się echem w jej głowie. Jedno było jednak pewne - musiała wymienić zamki dla własnego bezpieczeństwa.

──── 
 [809 słów Isha otrzymuje 8 Punktów Doświadczenia]

Isha Rashid

Excitement ages quickly. And I fear, if we set out in search of new fun, you'll tire of me and then I'll be alone.

zdjecieIsha RashidONA/JEJ — 25 LAT — PÓŁBOGINI — WŁOSZKA/EGIPCJANKA — 28 PD — 3 PU — 100 PZhaczi_

CÓRKA WENUS

Od Violet CD Niketasa — „Ten redbull naprawdę dodaje skrzydeł"

Poprzednie opowiadanie

Violet zamilkła i skrzyżowała ręce, mierząc wzrokiem chłopaka po raz kolejny. Gdyby było trzeba, zmierzyłaby go jeszcze z dwieście razy, byle rozwiać cień wątpliwości. Chęć założenia biznesu to jedno, rozegrać to rozsądnie to drugie, a trzecie… a trzecie to posiadanie cierpliwości do tego chłopaka. Było jeszcze kilka kwestii, których nie rozumiała, jednak miała ciutkę nadziei, że zrozumie je po drodze do rozkręcenia biznesu. Ah, i powiedzmy sobie szczerze - już dawno temu skazała się na Niketasa. Właściwie, zrobiła to w tym samym momencie, kiedy w ogóle wspomniała o chęci zarobku. Co zatem jej zostało?
A w razie kłopotów, coś wymyśli. Zawsze można wykorzystać inne tuzin przepisów, nauczywszy się na wcześniej popełnionych błędach.
— Nie zrozum mnie źle, Niketasie. Właśnie przez swój niewyparzony język i desperacje zrobiłam jeden, ryzykowny krok do przodu. Ta podejrzliwość z mojej strony była mi potrzebna. Ale to nie znaczy, że mam dla ciebie złą wiadomość. Zaufam ci. Podejmiemy się tej współpracy. Mniejsza o Chejrona, coś na niego zaradzimy. Nie zapomnij, że zgodziłam się na nie więcej, niż trzydzieści procent udziału. Słuchaj, zanim zacznę masową produkcję, potrzebuję kilka dni na załatwienie większej ilości składników, głównie proszku z kości sowy i większego kociołka. W międzyczasie zajmiesz się dyskretną reklamą. Na razie bez żadnych ulotek, po prostu szepnij parę słów jak największej ilości herosów. Zrozumiano.
Brunet pokiwał głową, zaś w międzyczasie czarownica wpadła na pewien pomysł, który sprawi, że będzie czuła się bezpieczniej z całym tym interesem. Wstała z miejsca i powędrowała ku wielkiej szafie stojącej naprzeciwko nim. Głównie wisiały tam ubrania na haczykach, choć za kurtyną z kurtek znajdowało się sporo skarbów, które dziewczyna zaczęła odstawiać na bok: baniaki z wodą księżycową, karton ze słoikami, jakiś stojak, zestaw małego chemika… aż w końcu wyciągnęła czarną szkatułkę wielkości książki, przyozdobioną o wypalone w drewnie magiczne runy. Oczywiście znalazł się na niej symbol Hekate. Kiedy Violet skupiła na niej wzrok, runy zaświeciły na fioletowo, a dziewczyna uśmiechnęła się do siebie, zdecydowanie będąc spokojniejsza o pieniądze, które będą tam schowane.
Wróciła zatem do półboga, wręczając mu pudełko.
— Ta szkatułka otworzy się tylko dla nas dwóch — powiedziała pewna siebie. Może jednak przekonała się do tego interesu? — Będę wiedziała, kiedy chowasz tam gotówkę, tak samo jeśli ją stamtąd zabierasz. To samo będzie działać w drugą stronę. Zaklęcie, które nałożyłam oznacza nasze wspólne zaufanie do siebie, równie jest to znak, że właśnie powierzam ci funkcje księgowego. Ja zajmę się załatwianiem składników i produkcją eliksiru. Umowa stoi?

  Niketas? 
──── 
 [400 słów Violet otrzymuje 4 Punkty Doświadczenia]

środa, 2 kwietnia 2025

Od Anastazego CD Gabriela — ,,Irish coffee"

Anastazy jest człowiekiem społecznym.
Przynajmniej on to sobie wmawia.
Dla każdego raczej oczywiste jest to, że Anastazego już prędzej można określić jako człowieka cichego, niewychylającego się… no, takiego introwertyka. Albo po prostu nazwać rzecz po imieniu i powiedzieć prosto z mostu, że jest antyspołeczny, kontakty z ludźmi ogranicza do minimum i jeszcze chwila, a zacznie rozmawiać ze śrubkami i nadal im wszystkim imiona. O ile już tego nie robi. Pewnie robi. Może dlatego utrzymuje, że ma przyjaciół. Z innymi ludźmi rozmawia tylko wtedy, gdy może bez ograniczeń opowiadać o swoich wynalazkach albo z jakiegoś powodu jest nie w pełni władz umysłowych. Dlatego Gabriel wie, że gdy Anastazy wychodzi z pokoju, jest to spowodowane jedną z trzech rzeczy: musi iść do łazienki, jest głodny, albo zmuszony jest zarobić na życie (chociaż zawsze, gdy opuszcza swoją norę z trzeciego powodu, jest dziwnie przybity i zapewne ubolewa nad tym, że nie może dorobić dziesięciu nowych funkcji zmywarce klienta, tylko musi ściśle trzymać się jego wymagań, no popłakać się można). Syn Bachusa bynajmniej nie przypuszcza, że Anastazy wczłapuje do salonu ot tak, po prostu, bo to najzwyczajniej w świecie jest nierealne i możliwe, że mózg jego współlokatora został zainfekowany przez kosmitów. Brzmi to bardziej realistycznie niż Anastazy idący na spacer (co do tego, to mógłby czasem dotknąć trawy, wyszłoby mu to na zdrowie). Poza tym, po jakże zręcznej odmowie i jawnym wyrażeniu niechęci do socjalizacji, Gabriel nie śmiałby przypuszczać, że Anastazy nagle zmieni zdanie i… usiądzie na drugim końcu kanapy, ledwo co muśnie palcami pilot od telewizora i jednym ruchem natychmiast włączy Netflixa. O, to jest coś, czego można zazdrościć dzieciakom Hefajstosa: wszystkie urządzenia słuchają się ich jak wytresowane pieski swoich panów. Albo nawet bardziej, bo chyba żaden wytresowany piesek nie wykonuje poleceń w tak zastraszająco szybkim tempie.
Zanim Gabrielowi udaje się otworzyć usta, żeby wyrazić swoje niezmierzone zdziwienie rozwojem wypadków, Anastazy wcina mu się w pół wdechu, który w niedalekiej przyszłości miał się stać słowami.
— Chociaż… wiesz, w sumie to zrobię popcorn.
— My mamy popcorn? — Jego wcześniej zaplanowana wypowiedź momentalnie ucieka mu z głowy, zaaferowanej tym, że od pięciu miesięcy nie kupił nawet połowy saszetki popcornu do mikrofalówki.
— Ta. — Krótko, bez zbędnych wyjaśnień.
Po chwili z kuchni dochodzi donośny dźwięk szczękania metalu o metal. Anastazy czuje się jak Roszpunka, gdy odwraca się z uniesioną patelnią w dłoniach i napotyka skonfundowany wzrok Gabriela (swoją drogą, musiał się nieźle wyciągnąć, żeby z kanapy dojrzeć to, co dzieje się za kuchennym blatem).
Anastazy postanawia go zignorować. Znaczy, nie do końca chce go ignorować, ale jego mózg nie podsuwa mu odpowiednich opcji dialogowych, które mogłyby pasować do tej specyficznej sytuacji. Jeśli ma wybierać pomiędzy ciekawostką na temat budowy patelni oraz przewodnictwa ciepła, a nie mówieniem niczego, woli się uprzejmie zamknąć. Dodając do tego niepewność związaną ze stanem jego głosu, gdy spróbuje wypowiedzieć nieprzemyślane około dwudziestu razy, przememłane w głowie słowa, które nie do końca już przypominają słowa, po prostu stają się zbiorem dźwięków, które z siebie wyrzuca i wyrzuca je na jednym wydechu, szybko, żeby mieć je za sobą i żeby, nie dajcie bogowie, jego głos nie postanowił się załamać i narobić mu wstydu. Jeszcze większego wstydu, dodać mu jeszcze trochę do ogólnego poczucia upokorzenia, pocących się dłoni i bijącego serca. Nie może przyznać, że zwykłe oglądanie razem filmu i rozmowa go tak stresują, bo to też nie jest prawda. Bardziej… jego… niepokój wynika z konieczności obcowania z Gabrielem bez bariery w postaci urządzeń wymagających naprawy, za którymi może się skryć i beztrosko zbywać mężczyznę pomrukami, nie wkładając w rozmowę zbyt wiele, nie angażując się w nią i… zwyczajnie nie rozmawiając, ale to wszystko jest dozwolone, przynajmniej w jego przypadku, bo właśnie pracuje i nie jest w stanie w pełni skoncentrować się na drugiej osobie. Co jest bardzo logiczne i uzasadnione. Ogólnie podczas rozmów bardzo przydają mu się wszelkiego rodzaju urządzenia. Z bardzo prostego powodu: to chyba jedyna rzecz, na której rzeczywiście się zna i może się na jej temat wypowiedzieć, będąc pewnym swoich słów. Gdy nie może oprzeć się w rozmowie na swoim hobby, nigdy nie jest do końca przekonany, czy to, co chce powiedzieć, jest właściwe, bo jeśli okazuje się niewłaściwe, to powoduje kłótnię, a gdy już kłótnia zostanie spowodowana, to skończy się obrażeniem się Anastazego i jego oczekiwaniem na przeprosiny. W każdym innym przypadku to jest totalnie okej (dlatego zazwyczaj Anastazy jednak nie uważa na słowa i mówi, co mu ślina na język przyniesie), bo co mu tam, poobraża się trochę i w końcu go przeproszą, ale gdy sprawa dotyczy człowieka, z którym się mieszka… milczenie jest równie nieużyteczne, jak ograniczające. Z niektórymi osobami po prostu trzeba rozmawiać i to okazuje się największym problemem.
Podczas wsłuchiwania się w mikrowybuchy ziarenek kukurydzy, Anastazy postanawia, że dzisiejszym celem jest brak kłótni oraz brak brania najdrobniejszych uwag jako niewyobrażalną zniewagę. Proste. (Nie, wcale nie proste).
Stawia ogromną miskę popcornu na stoliku przed kanapą.
— Trochę za słony — stwierdza Gabriel, gdy tylko bierze pierwsze ziarenko do ust.
Anastazy już nabiera powietrza w płuca, żeby…
Przypomina sobie, że ma nie brać takich rzeczy do siebie.
Próbuje nie brać tego do siebie. Naprawdę próbuje!
Chyba jednak trochę mu to siadło na ego. To nie jego wina, że jest trochę inny i jego mózg postanowił wziąć to sobie do serca, o ile mózg może mieć serce.
Postanawia, że następnym razem zrobi lepszy popcorn. Zapamiętać, mniej soli. I tak zapomni. Na pewno zapomni. Nawet już nie pamięta, ile nasypał tej soli przed chwilą. Porażka.
— Co oglądamy? — pyta na tyle zgrabnie zmieniając temat, że… To nawet nie jest zmiana tematu, do cholery, dlaczego on roztrząsa wszystkie wypowiadane przez siebie słowa, próbując nadać im jakieś specjalne znaczenie, jakiś powód, przez który wyrzuca je z siebie akurat w tym momencie? Normalne pytanie, oczekujące normalnej odpowiedzi, poprzednia wypowiedziana przez Gabriela uwaga nie wymagała żadnej odpowiedzi ani kontynuacji, nie było to nic ważnego, na czym trzeba się tak bardzo skupiać i wręcz ,,zmieniać temat”, poza tym…
Czemu on się tym aż tak przejmuje?
Zaraz zacznie być zły na siebie. Obrazi się na samego siebie. To już chyba podchodzi pod któreś z zaburzeń osobowości.
Gabriel (nieświadomy wewnętrznych dylematów Anastazego), chwyta pilot i intensywnie wpatruje się w ekran.
— Hm, zobaczmy… Jakiś preferowany gatunek?
Anastazy mruga dwa razy, zanim dociera do niego, że zadano mu pytanie.
— Eee, — To niesłychanie trudne pytania dla człowieka, który przed chwilą odleciał myślami bardzo daleko. — Horrory?
— Horrory? — powtarza Gabriel i patrzy na Anastazego jak na wariata.
— A co?
— Nie, nic… — Wzrusza ramionami. — Po prostu nie wyglądasz.
— Lubię zastanawiać się, w jaki sposób osiągnęli wszystkie efekty specjalne i czy potrzebne były do tego jakieś specyficzne mechanizmy, czy po prostu posługiwali się starymi, dobrze znanymi i wyświechtanymi sztuczkami.
Gabriel automatycznie kiwa głową, scrollując przez wszystkie części ..Obecności” i ,,Annabelle”.
Anastazy przecież nie powie mu, że jego ulubionym filmem tak naprawdę jest ,,Załoga G”. 

  Gabrielku? 
──── 
 [1125 słów Anastazy otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

Od Vex — ,,Prawdziwe poświęcenie"

Problemem pozostają próby porozumienia pomiędzy przyjaciółmi. Pewne przeciwności powodują psikusy podczas przekazywania pomysłów, prostych poleceń. Ponadto “przyjaciele” pozostają pewną… powiem: przenośnią, ponieważ powstaje problem podczas prób podpisania podanych “przyjaciół” prawdopodobnie pewniejszym pojęciem, prościej przekazującym powstałe pomiędzy “przyjaciółmi” porozumienie. Po przemyśleniu, pewniej powiem, poprzednio podane “porozumienie” przypomina przeciwieństwo powszechnie postrzeganego pośród Polaków porozumienia — “porozumienie” pomiędzy “przyjaciółmi”, prościej powiadając, przedstawia piekielny problem, pełen porywów przygnębienia. Podane porywy… Powiem prawdę, podczas prób przytoczonego “porozumienia”, przekleństwa przeważają ponad pieszczotliwymi przymiotnikami.
Przechodząc ponad powyższymi próbami przetłumaczenia ponurej postaci problemu, poniosę
próbę pełnego przytoczenia prawdziwego powodu pisanego powyżej prologu.
Ponieważ pełne półboże (pozbawione pewności postępowania podczas prób porozumiewania) poszukiwało problemów pośród posiadanych przyjaciół, prędko przystanęło przed pieczołowicie przemyślanym pomysłem przeformowania piastowanych przyjaźni. Powodem powyższych przemyśleń pozostawało pewne przekonanie. Przekonanie podejmujące przypadek poczucia porzucenia przez przyjaciół (prawdopodobnie “przyjaciół” potem przekornie przezywanych “potworami”, “prawdziwymi przeciwnikami”...), planowanych przekornych przykrości, plotek, przekomarzania… Przemilczenie problemu pozostało prędko porzucone — potrzebuje prawdy, pozyskanej prawdopodobnie prześwietnym podejściem. Przerażająco przebiegłym.
Podczas przechadzki, przytrzymało przyjaciółkę (palcami przedramię), powstrzymując próby pominięcia problemu.
— Pogrywasz? — pyta, przeszkadzając pojęciu pytania. Pozostawione “pogrywasz” przelatuje przez powietrze, pstrykają poirytowane przepływy prądu pomiędzy postaciami, posyłane przenikliwym patrzeniem.
— Próbuję pojąć… powtórzysz?
— Pytałom: pogrywasz? Próbujesz porzucić pielęgnowaną przyjaźń?
— Przenigdy! — prędko powiada, próbując poprawić parszywą pozycję, ponieważ pojmuje pewną przegraną. Przejrzana, przygryza poliki, poszukuje podpowiedzi, próbuje przekręcić problem, przerzucając postawione pretensje przeciwko przyjaciołu. — Po prostu próbujesz podeptać przyjaźń, pokazać pogardę! — przygania przyjacioło.
— Pierdolisz! — pokrzykuje. — Pretensjonalnie poszukujesz pomówień, próbując poprawić pozycję! — peroruje. Policzki postaci przybierają pomidorową pigmentację. Pomieszanie przyjaciółki przedstawiwszy pełnię, popycha powstrzymywany płacz. Ponure potoczki płyną po policzkach postaci. — Ponownie próbujesz pobudzić przygnębienie! Powiem pewnie: pojmuję pełnię postawy przyjaciółki.
Pogardliwie przekazawszy pretensje powodujące problemy porozumienia, przyjacioło postanawia pozostawić przyjaciółkę pewnemu, powszechnemu potępieniu. Porzuca przeszłość, podąża personalnym przejściem, poszukując pożądanej przyszłości, pełnej pasji. Pogodnie posyła przyszłości pełne pobłażliwości przesłanki. Pokłada presję, poszukuje przeznaczenia, pozbawione przeszłych problemów. Podziwia przewspaniałe, przecudowne predyspozycje, podziękowawszy posiadanym przeczuciom. 

 ***

 
Vex budzi się z bólem głowy. Przeszywającym jejgo czaszkę, utrudniającym najmniejsze ruchy, wybuchającym przy najmniejszym drgnięciu. Przeszkadza jejmu dotyk poszewki poduszki, kołdry, prześcieradła, ale najpierw ból musi trochę osłabnąć, żeby mogło uciec z łóżka, uciec od niechcianego dotyku nieprzyjemnego materiału.
Po chwili jest lepiej. Trochę. Tylko trochę. Zdezorientowanie pozostaje, dziwna mgła osiada na jejgo umyśle, który nie do końca pojmuje, że udało mu się obudzić.
— Kurwa, to było gorsze niż rymowana klątwa — mruczy do siebie, pocierając spocone czoło. Jejgo mózg najwyraźniej postanowił nawiedzić jągo najdziwniej skonstruowanym snem, jaki kiedykolwiek przetrwało. Nazwałoby to raczej koszmarem, bardzo chaotycznym koszmarem, od którego zbiera się człowiekowi na wymioty.
Chciałoby cokolwiek zrozumieć z tego snu, ale już po kilku sekundach o wszystkim zapomina. Na całe szczęście, bo zastanawiając się nad tym, prędzej dorobiłoby się choroby psychicznej, niż doszłoby do jakiejkolwiek konkluzji. 

 ──── 
 [442 psłowa: Pvex potrzymuje p4 Punkty Pdoświadczenia a ja nawet nie wiem jak to moge skomentować]

Od Sony CD Violet — „Gitara siema"

Poprzednie opowiadanie

LATO

— Dobra. — Sony spogląda na tarczę stojącego na szafce zegarka, jego noga szybko podskakuje (z nerwów czy ze zgromadzonej w nim energii?), trzęsąc trzymaną przez niego na kolanach gitarą. To cud, że jeszcze nie potrąciłu przez to jednej z pustych buteleczek, w których dawno temu znajdował się magiczny energetyk. — To teraz grasz sama.
Violet patrzy na nią oczami smutnego szczeniaczka, który wie, że znalazł się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie, co zresztą nie jest tak dalekie od prawdy (świadczy o tym, na przykład, kolorowy plasterek z Eevee na jednym z palców dziewczyny, bo jakąś godzinę temu jakimś cudem złamała sobie paznokieć na gitarze). Na chwilę zapada między nimi cisza, bardzo wymowna cisza, z której nawet Sony (zazwyczaj nieświadomi uczuć osób dookoła nich) są w stanie wyczytać myśli Violet: “Nie dam rady, to wszystko jest do bani, w ogóle nie potrafię grać i nic z tego nie wyjdzie, po prostu zmarnowaliśmy tyle czasu…”.
— Nie możesz ciągle polegać na mnie — jęczy Sony błagalnym tonem. — A ciągle czuję, że gdy gramy razem, to cię zagłuszam — tym razem stwierdza to bardziej oskarżycielsko, jakby przypuszczało, że Violet specjalnie gra cicho. — W ostateczności mogę ci przygrywać na pianinie. Albo wybijać rytm na bębenku, byłabym wtedy takim twoim ludzkim metronomem i nie pogubiłabyś się w rytmie, a może i nauczyłabyś się wybijać go sama, przyzwyczaiłabyś się do niego…
— Może lepiej na pianinie…? — Violet delikatnie sugeruje Sony, że jednak pierwszy pomysł podoba jej się znacznie bardziej. W końcu nadal będzie dopomagać jej linią melodyczną, prawda? Po prostu na innym instrumencie… To chyba nie będzie aż takie trudne, jak poleganie na samym rytmie.
— No, niech już będzie.
Można się spodziewać, że Sony po tylu morderczych ćwiczeniach (lub raczej morderczemu stawianiu czoła wyzwaniu bycia czyimś nauczycielem, co okazywało się znacznie trudniejsze, niż może się wydawać) będzie co najmniej zmęczone, wyzute z całej swojej energii i oklapłe. Jednak ci, którzy znają Sony trochę lepiej, wiedzą, że ich energia nie wyczerpuje się nigdy, nawet jeśli dotyczy tak prostych czynności, jak rozłożenie na środku pokoju pianina elektrycznego. Mimo że jeno ruchy wyglądają na wyćwiczone i automatyczne, w jeno oczach wciąż miga ekscytacja i fascynacja trzymanym w rękach instrumentem. Jeśli ktoś potrafi sobie wyobrazić osobę, która składa pianino elektryczne (prawdopodobnie cięższe od niej samej) energicznie, radośnie i bez wysiłku, to tak właśnie wygląda Sony. Pocieszne dziecko.
— A może jednak bym ci coś dograło na kalimbie? Dodałaby taki ciekawy smak tej piosence — rzuca w powietrze, choć raczej jest to pytanie retoryczne, bo właśnie jest na etapie dostosowywania wysokości pianina do siebie. (Violet nie do końca wie, czym w ogóle jest kalimba, więc po prostu uprzejmie się uśmiecha). — Nie przeszkadzaj sobie — mówi do Hekaciątka, sugerując tym samym, żeby po cichu ćwiczyła wszystko, czego zdążyła się nauczyć. Violet niepewnie szarpie struny, kątem oka zerkając na Sony, które właśnie próbuje znaleźć wolne gniazdko elektryczne, żeby podpiąć do niego instrument. Chwilę później z dumą zasiada nad klawiszami (chciałoby mieć teraz na sobie frak albo przynajmniej jakiś płaszcz, bo siadanie jest o wiele bardziej efektowne, gdy asystuje mu dramatyczne odrzucenie w tył długich pół okrycia) i zachęcająco kiwa głową do koleżanki. — Próba generalna. Trzy, czte-ry!
Równocześnie z mocnym uderzeniem w klawisze, Violet zaczyna grać, wciąż nieco sztywno i zbyt wolno, ale przynajmniej płynnie, pierwsze takty Nothing else matters wypełniają domek i prawdopodobnie również przestrzeń wokół niego. Szybko zauważa, że granie razem z pianinem nie jest ani trochę takie, jak sobie wyobrażała. Po pierwsze: Sony postanowiłu utrudnić sprawę i zamiast akompaniować jej melodią, wybrału akordy. Po drugie: z jakiegoś powodu te akordy są coraz cichsze, aż wreszcie Violet orientuje się, że od kilkudziesięciu sekund gra całkowicie sama. Piosenka urywa się w pół taktu, Violet ze zmarszczonymi brwiami unosi głowę, żeby sprawdzić, co z Sony i czemu przestał grać. Ku swojemu zdumieniu, widzi go wpatrującego się w nią z podbródkiem opartym na dłoni.
— Umiesz to zagrać sama — stwierdza tonem bardzo dumnego rodzica.
— Tak myślisz? Bo może jednak… Znaczy, sobota już jutro, ale może jakoś uda mi się to przesunąć i…
— No, nie przesadzaj! — Sony się oburza. Violet jeszcze nie widziała jejgo w stanie gorszym niż poirytowanie, ale teraz z twarzy Apolliniątka znika choćby cień uśmiechu, gdy patrzy na dziewczynę ostrym wzrokiem. — Grasz płynnie, nie mylisz nut, strun, poprawnie ruszasz kostką — wymienia, ostentacyjnie wyliczając wszystko na powoli odginanych palcach — cały czas grasz w równym tempie, chociaż jest ono wolniejsze od oryginału, ale to już mniejsza, kompletnie nieistotny szczegół. Umiesz to! Może to tylko wstęp, może trochę wolniejszy, może trochę uproszczony, ale grasz to prawie że perfekcyjnie, a ja mam do tego ucho, możesz mi wierzyć. I obiecuję ci, że ktokolwiek, dla kogo się tego uczysz, będzie przeszczęśliwy, że czegoś się dla niego nauczyłaś. — Podnosi się z miejsca i podchodzi do drzwi, otwierając je na oścież. Za nimi widać skrawek ciemnego nieba i jarzące się światłem okna naprzeciwległego domku. — Więc teraz bierz tę gitarę, wyśpij się i odegraj niezapomniane show!
— Dzięku-
— Podziękujesz mi, jak wszystko się uda! — woła Sony i wręcz wypycha Violet ze swojego domku. — To co, gitara siema! — salutuje jej na pożegnanie.
Dobrze że jednym z talentów Sony jest aktorstwo. Gdyby nie to, nigdy w życiu nie daliby rady tak po prostu wyrzucić kogoś ze swojego domu, bo tak po prostu nie wypada. Kierowali się jednym: jeśli Violet nie dostałaby od nich przysłowiowego kopa w dupę, to chyba nigdy by się nie ruszyła. 

 ***
 
— Jak poszło, jak poszło? — Gdyby ciekawość była demonem, to Sony teraz byłoby przez nią opętane. Jak tylko zabaczyło, że Violet wróciła do obozu, w podskokach przybiegło do niej z nieopisaną radością wypisaną na twarzy, chwyciło jej dłoń w swoje i wbiło w nią ogromne brązowe ślepia ze źrenicami tak rozszerzonymi, jakby ujrzało miłość swojego życia. Ledwo powstrzymuje się od skakania w miejscu i zbyt mocnego ściskania palców Violet, co prawdopodobnie trwale by je uszkodziło. — Masz mi wszystko opowiedzieć. Teraz i zaraz, natychmiast, bo ja już od wczoraj umieram ze stresu i chyba przejmuję się tym nawet bardziej niż ty, albo chociaż w podobnym stopniu, ale w ogóle nie mogłem spać, bo tylko myślałem o tym, co się wydarzy i jak się wydarzy i czy wszystko będzie okej i… Okej, już się zamknę.

Violet? 
 ──── 
 [1014 słów: Sony otrzymuje 10 Punktów Doświadczenia]

wtorek, 1 kwietnia 2025

Zamknięcie bloga i podsumowanie walentynek


Smutna historia: był sobie kiedyś admin Aleks, który założył bloga Smells Like Teen Half-Blood. Niestety po kilku latach przewodzenia gangiem bałwanów admin Aleks uznał, że ma tego dość; w ten sposób przygotował ostatni event, walentynkowy, nie mówiąc nikomu o tym, że jest to ostatnie pożegnanie bałwanów z blogiem.
Zamknięcie bloga trzeba było w końcu poprowadzić w pozytywnej, romantycznej wręcz atmosferze, prawda? Dlatego event walentynkowy okazał się wysypem bzdurnych opowiadaniach o tym, jak półbogowie uczęszczali na terapię dla par, okazywali się kryptogejami albo kleili bukiety z patyków i słomek. Ów event tylko utwierdził Aleksa w przekonaniu, że kieruje skończonymi jełopami, które swoją głupotę przeinaczają w twórczość.
W ten właśnie sposób admin Aleks westchnął i zaczął pisać podsumowanie eventu, porzucając myśl o zamknięciu bloga, bo jest cholerny prima aprilis, a on jest zbyt głęboko w tym bagnie, żeby teraz z niego wyjść. (Schowajcie konfetti).

FABUŁA

x

2. ZLECENIE „JESTEM PRZECIEŻ NAJPIĘKNIEJSZY, A NA PEWNO NAJSKROMNIEJSZY” — ELIANNE BRIMNES I KAL THOMPSON

Zawartość listu:
ZNALEZIONO PÓŁBOGA
Uprasza się o odebranie młodego półboga płci męskiej, lat ok. 15, pochodzenia greckiego boga Apolla, z wyspy na Wielkim Jeziorze Słonym w Utah. Na pytanie o imię odpowiada: „bogowie, jestem taki piękny”.
W związku z niefortunną pomyłką lokalną klątwą została objęta niewłaściwa osoba. Proszę o jak najszybszy odbiór zguby. Ciasteczko z wróżbą gratis.
Nemezis
[Pokruszone ciasteczko z wróżbą dołączone do listu przedstawia karteczkę z napisem: „nie patrz dzisiaj w wodę”].

Pamiętacie jak Jajo, autor Kala, parę miesięcy temu wygrał Smellstober drabblem na temat Narcyza? Tym razem Kal, razem z Elianne, zostali zmuszeni do współpracy ze wspomnianym Narcyzem. A raczej nie do końca Narcyzem, bo kiedy Kal i Elianne zjawili się na wspomnianej wysepce (tutaj trzeba im dopisać za poświęcenie, ponieważ musieli się tam jakoś przetransportować i wybrali najbardziej skomplikowaną drogę, jaką miałem okazję zobaczyć na tym blogu), okazało się, że klątwą Nemezis padł przypadkowy dzieciak, który nie umiał nawet narysować sobie prostej kreski nad okiem (opinia może być nieco subiektywna z punktu widzenia Kala). Do tego to ostrzeżenie z listu, żeby nie patrzeć w wodę… co więc zrobiła nasza para?
No cóż, spojrzeli w wodę. A przynajmniej Kal spojrzał, dostrzegłszy leżące na dnie lusterko, nagle zaklęty w ten sam sposób, co przypadkowy dzieciak, a Elianne musiała go uratować z opresji. Co za ulga, że rozwiązanie było proste i choć nie polegało na pocałunku prawdziwej miłości, to na… dotyku prawdziwego przyjaciela? Oczywiście platonicznie. Tacy właśnie są Kal i Elianne. Nikt nie ma co do tego wątpliwości, nawet jeśli Kal pozwolił jej się ubrudzić błotem i nawet jej za to nie zabił. Misja zakończyła się sukcesem.

x

4. ZLECENIE „AWESOME LESBIAN COUPLE, EVIL AND INTIMIDATING HORSE” —WANDA FLIS I PHILIP MORRIS

Treść listu:
„Widzieliście, że centaury też mogą być homofobiczne? No, to teraz wiecie. Większość z nich jest naprawdę chillowa, ale Pávlos to ten gorszy przypadek dzikiej natury. Pávlos ma córkę, a córka Pávlosa ma dziewczynę, też centaurydę.
Normalnie zaproponowałbym wysłanie mu kilku koni i powinno być po sprawie (a przynajmniej tak twierdzi Zeus), ale nie wiem, czy nie uzna tego za obraźliwe. Dlatego poszukuję kogoś z dużą cierpliwością, kto jest gotowy wytłumaczyć panu końskiemu móżdżkowi, że każda miłość jest piękna. Do listu załączam dwa kaski i zestaw ochraniaczy, tak na wszelki wypadek.
~ Ganimedes”.

Dla tych dwóch dziewczyn walentynki z bogami miłości to żadna nowość! Co prawda rok temu Wanda i Philip przypadkowo wzięły ślub, a teraz musiały… pomóc wziąć ślub komuś innemu? Mocą tęczy, przyjaźni i kolorowych kucyków (niestety dosłownie) naprawić więzy rodzinne? Polecić dobrego terapeutę w celu leczenia zinternalizowanej homofobii? Cóż, ich misja nie była taka prosta, chociaż w założeniu miały przecież tylko wytłumaczyć rozwścieczonemu centaurowi, że love is love i powinien zaakceptować swoją córkę taką, jaką jest. Unikanie stratowania przez bandę centaurów i próba przeżycia morderczego paintballu, mając do dyspozycji tylko głupie, dziecięce pistoleciki, w porównaniu do karabinów swoich przeciwników, nie były w ich planach. Tak samo, jak w planach nie był zwrot akcji, że homofobiczny Pávlos tak naprawdę darzy swojego przyjaciela najbardziej męskimi uczuciami, jakimi można darzyć drugiego miłośnika Ojczyzny, kopyt i paintballu.
Ciężko powiedzieć, czy Wandzie i Philip udało się pogodzić skłóconą rodzinę. Na pewno… ujawniły pewne rzeczy, które dały im jeszcze więcej problemów do przepracowania. Można więc uznać, że misja ma neutralne zakończenie.

x

6. ZLECENIE „I NIE OPUSZCZĘ AŻ DO GRY W GOLFA” — ATLAS WALKER I ARISU HAYASHI

Zawartość listu:
„Moi Drodzy półbogowie,
Z okazji dnia zakochanych, chciałabym poprosić was o pewną przysługę.
Na polu golfowym schowały się dusze zakochanych, które za nic w świecie nie chcą wrócić do podziemi; są jednak skłonni powrócić pod jednym warunkiem — dziecko boga musi wygrać z nimi w golfa.
Nie musicie się bać. Zjawy nie szkodzą żywym.
Zapraszam waszą dwójkę pod adres: Szczypiorkowa 6/9. Pamiętajcie, by przed wejściem wziąć jeden kij golfowy.
Zimne uściski, Psyche”.

Przechodząc dalej, drogie perełeczki, mam nadzieję, że dokładnie przeczytaliście opowiadania z punktu widzenia Atlasa i Arisu. I, wy słodkie czekoladki, że podobała wam się romantyczna gra w golfa dwóch niemot z dwoma zakochanymi wygami. I że przeżywaliście cudowny czas w trakcie czytania o całujących się duchach i najbardziej kreatywnego zrzutu czułych słówek, na jakie tylko można wpaść, kochane iskiereczki. I że nie mieliście ani razu ochoty wyrwać im kija golfowego i wsadzić w gardło za kolejne użycie słowa „stokrotko” albo „diabełku” w kontekście swojego partnera.
W przeciwieństwie do naszej tytułowej pary oczywiście, której nerwy wisiały na włosku. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że Arisu i Atlas w swoim towarzystwie są kreatywni bardziej w stronę nazywania siebie „bałwanami” i „pieprzonymi farbusami”, niż „chmurkami” i „głuptaskami”. Ale poza tym poradzili sobie całkiem nieźle — jak na to, że duchy ukrywały przed nimi, że wygrać może tylko para prawdziwie zakochanych. Może i Arisu i Atlas są zakochani; zakochani w wizji przypierniczenia temu drugiemu miotłą. Ewentualnie w wizji odesłania duchów do Podziemi i zapomnienia o tym incydencie. Najważniejsze, że ich misja zakończyła się sukcesem.

x

7. ZLECENIE „KLUBOWA VIXA” — CLAUDE MCCALLISTER I KURT MUNROE

Zawartość listu:
“Nowy klub poCAŁUNek zaprasza półbogów i inne, mityczne stworzenia, na otwarcie!
Już w tym tygodniu zaplanowane zostało karaoke z Centaurami oraz rozmaite gry planszowe. Dodatkowo oferujemy -15% zniżki od każdej pary na wszystkie zimne napoje.

Choć, kto wie, czy to nie tutaj spotkasz prawdziwą miłość…
a może poznasz gorzki smak miłosnego zawodu.

Anteros!”.

Wiecie, jak zniszczyć fasadę emo swojego wrednego krasza? Wystarczy zabrać go do baru karaoke i kazać mu śpiewać Beyoncé. Znaczy, emo krasz nie zrobi tego dobrowolnie, bo uprzednio musi wypić parę procentów, porozmawiać z bogiem nieodwzajemnionej miłości i zakwestionować swoją moralność, ale mogło być gorzej, prawda? Jak na życie półboga, zmuszenie Claude’a i Kurta do zabawienia publiczności składającej się z pijanych centaurów, złośliwego bożka i zaśpiewania Beyoncé wcale nie wydaje się takie złe. I jeszcze ten dziwny, futrzasty mikrofon wręczony przez bóstwo, który zdaje się odgryźć ci nos, jeśli pomylisz tekst Halo (słusznie, każdy powinien go znać).
Nie wydaje się też złą opcją pocałowanie swojego krasza. Żeby zadowolić publiczność, oczywiście. Bo na pewno nie z żadnego innego powodu. A w ogóle to kto puścił Crazy in Love?
Chociaż w teorii ich misja zakończyła się sukcesem, to pamiętajcie, żeby w trakcie podobnych przygód nie kłamać, bo inaczej urośnie wam długi nos jak u Pinokio. Ewentuanie krasz zniszczy waszą bransoletkę przyjaźni. Obie rzeczy są równie straszne.

x

8. ZLECENIE „BUKIET NA MEDAL” — ADAM MAN I YASMIN MABROUK

Zawartość listu:
KONKURS NA NAJŁADNIEJSZY BUKIET
Już w ten weekend na alejach Koperkowych odbędzie się konkurs na najpiękniejszy bukiet. W jury zasiądą specjalni goście, najlepsi z najlepszych, którzy ocenią wasze prace!
Ale, ale! Wygrać może tylko bukiet stworzony z miłością, a wszelkie kłótnie i nieprzyjacielskie postawy nie będą mile widziane.
Pozdrawiamy, organizatorzy konkursu”.

Powiedzcie mi: ile rzeczy może się wydarzyć w trakcie konkursu na najładniejszy bukiet?! Wychodzi na to, że dużo, ale tylko Adam i Yasmin mogą sensownie odpowiedzieć na to pytanie. Kto by pomyślał, że ktoś odważy się ściągać pomysł na cholerny bukiet? Kreatywność może i jest ważna, ale próba popisania się przed dwiema boginiami zasiadającymi w jury jest jeszcze ważniejsza. A kiedy już odpędzicie się od gapiów, to będziecie musieli uporać się z dziwnie zainteresowaną wami adoratorką.
I z dwiema boginiami, które muszą rozstrzygnąć sprawę bukietowego plagiatu, a kluczem do tego wszystkiego okazuje się miłość. Na tym ostatnim jednak nasza dwójka powinna najwyraźniej popracować — ich bukiet zostaje oceniony na drugie miejsce, co pozwala im ukończyć misję w sposób neutralny.

x

10. ZLECENIE „PUŁAPKA NA PISKLAKA” — AYE TANUTCHAI DARAYON I CHAIT MURRAY

Zawartość listu:
DARMOWA WEJŚCIÓWKA DO POKOJU ZAGADEK KADECEUSZ
Zapraszam was, tak, właśnie waszą dwójkę, do wzięcia udziału w grze. Nie musicie posiadać żadnej wiedzy ani urządzeń. Wszystkiego dowiecie się na miejscu pod wskazanym, na odwrocie listu, adresem.
Bogowie patrzą, a sam Merkury ocenia. To wasza szansa, by zabłysnąć na Olimpie!
Adres: Karciana 4/20, piętro 5.”

Nic tak nie łączy dwóch ludzi, jak pociągi, niezdiagnozowana depresja i boski escape room. No i gra w butelkę. Bardzo niezręczna gra w butelkę, na którą zostali skazani Aye i Chait, bo wraz z przekroczeniem progu pokoju zagadek Merkurego, prawdopodobnie opuściły ich wszystkie komórki mózgowe.
Graliście kiedyś w „7 minut w niebie”? Mniej więcej tak wyglądała misja Aye i Chaita, tyle że zamiast w szafie, siedzieli w pomieszczeniu pełnym idiotycznych zagadek, a nad nimi wisiała wizja bycia ukatrupionym przez boga. A kiedy już bóg łaskawie postanowił ich wypuścić, zmusił ich do zawarcia narzeczeństwa... Można powiedzieć, że misja zakończyła się sukcesem, jeśli sukces interpretujemy jako bardzo niezręczne kilka godzin sam na sam, o którym nie będą chcieli pamiętać i obiecanie bogu, że już zawsze będą chodzić ze sobą na festiwale kolejowe.

x

11. ZLECENIE „TERAPIA MOCĄ PÓŁBOGA” — VEX MORTON I ALMA KISS

Zawartość listu:
„Potrzebujemy kogoś, kto przetestuje naszą najnowszą terapeutkę w Dialogu Serca. Musimy mieć pewność, że poradzi sobie nawet w najbardziej beznadziejnej sytuacji. Kto sprawdzi się w tym lepiej niż półbóg? Terapia umówiona jest na przyszłą środę, o 12, reszta danych na odwrocie.
Aha, jest tylko jedna sprawa. Test zakłada terapię dla par. I lepiej dla was, żeby terapeutka nie zorientowała się, że jednak nie jesteście parą. Nie martwcie się na zapas, przecież was nie rozszarpie, jeśli pozna prawdę. Mówię tylko tak na wszelki wypadek”.

Wyobrażacie sobie potrzebować terapii tak bardzo, że uniwersum postanawia wam podsunąć ją pod nos? Że szemrana terapeutka o długich pazurach sama z siebie oferuje swoją pomoc? A co najgorsze, wyobrażacie sobie być tak zdesperowani — to jest nie mieć wyboru — żeby tę pomoc przyjąć? To właśnie przydarzyło się Vex i Almie, którzy mieli jedyną w swoim rodzaju okazję wypróbowania półboskiej sesji terapeutycznej dla par.
Z harpią. I z Vex. Tak naprawdę nie wiadomo, które z nich było w tej sytuacji gorsze. Alma musiała nie oddychać za głośno, siedzieć wyprostowana i otrzymała jedyny w swoim rodzaju bon na narzekanie na Vex do woli. Skoro przyszli na terapię dla par, to musieli przede wszystkim być parą z problemami, prawda? A przynajmniej musieli być w ogóle parą. I to tylko w oczach harpii. Biorąc pod uwagę, że harpia nikogo nie zjadła, można założyć, że misja zakończyła się sukcesem. (Oraz jeszcze poważniejszym uszczerbkiem na zdrowiu psychicznym tej dwójki, niż przed wspomnianą terapią).

x

12. ZLECENIE „RUMOUR HAS IT” — JUDAS COHEN I HAVU KOSKINEN

Zawartość listu:
„Ty również uważasz walentynki za beznadziejny, kiczowaty zwyczaj? Świetnie się składa!
Poszukuję dwójki chętnych, którzy skłonni są pomóc mi zniszczyć ten dzień choć jednej obrzydliwie w sobie zakochanej parze. A może odznaczacie się talentem większym niż przypuszczam i Wasza praca pozwoli na zebranie jeszcze większych plonów?
Na odwrocie tego listu znajdziecie dane rezerwacji do luksusowej restauracji, gdzie, przy pobliskim stole, wraz z dwoma innymi zaprzyjaźnionymi parami zasiądą wasze główne cele. Szepczcie w odpowiednie uszy, przekazujcie odpowiednie wiadomości i z odpowiednią finezją przekręcajcie prawdę.
Pamiętajcie, plotka jest jak płomień — czasem wystarczy mała iskra, by po chwili wszystkich pochłonęło morze ognia. Ale nie dajcie płomieniom się sparzyć, ponieważ konsekwencje mogą być srogie. Jeśli jednak odniesiecie sukces, sprawię, że Wasze imiona znajdą się na wszystkich językach i trafią we wszystkie uszy!
Fama

Czy kiedykolwiek mieliście dość admina Aleksa? Czy chcieliście zniszczyć mu życie? Ośmieszyć go publicznie? Może i powstrzymało was sumienie, ale za to nie powstrzymało Judasa i Havu, których misją było… zniszczenie komuś randki. A tym kimś okazała się szóstka osób żywcem wyciągniętych z telenoweli, gdzie wszystko kręciło się wokół mężczyzny imieniem — nie zgadniecie — Aleks, uwikłanego w sieć tajemnic.
Judas i Havu mieli tylko jedno zadanie: zniszczyć komuś randkę. A że zlecenie zostało im nadane przez boginię plotek, to nic więc dziwnego, że i plotki stały się ich główną bronią. Czego się nie spodziewali, to tego, że w plotce wymyślonej na poczekaniu może być nuta prawdy, a oni zostaną wciągnięci w idiotyczny scenariusz, gdzie głównymi wątkami będą: zinternalizowana homofobia (znowu?), Homoseksualizm przez duże H, zła siostra bliźniaczka. No ale zniszczenie życia sześciu osobom było tylko dalszym etapem w zniszczeniu randki — mężczyźni swoje zadanie wykonali z sukcesem. Aż za dobrym, jak na złośliwość Famy.

NAGRODY

Fabularnie półbogowie może i otrzymali różne lizaki, kupony na terapię czy traumę na całe dalsze życie, ale skupiając się na sensownych nagrodach, za każde opowiadanie walentynkowe na konto postaci wypadało dodatkowe 20 Punktów Doświadczenia. Tylko nie przepierdolcie na głupoty — akurat, jak próbujemy usilnie złopatologizować mechaniki.
Wszystkie pary zmierzyły się także w głosowaniu na walentynkowych zakochańców, którzy poradzili sobie najlepiej i dostaną kolejne 20 PD jako nagrodę publiczności. „Poradzili sobie najlepiej” jest jednak w przypadku naszych wygranych pojęciem raczej względnym — pierwsze miejsce w głosowaniu na najlepszą walentynkową parę zajęli Judas Cohen i Havu Koskinen z „Rumour has it”. Nie ma to jak stare, dobre plotkowanie. Razem z niszczeniem komuś życia, i to jeszcze przypadkowo.
Gratulacje dla Zirco i Julka. Miłość do Boga i swojego kolegi znowu zwyciężyła.
Miejmy nadzieję, że bawiliście się dobrze. Z niecierpliwością czekamy na feedback od osób, które w evencie brały udział po raz drugi i mogą porównać zmianę systemu przeprowadzania misji. To znaczy — serio. Powiedzcie nam, co było lepsze. Nikogo nie zabijemy, nie jesteśmy harpiami. (Chyba). (Nie patrzcie w oczy Asx).


x


Grafiki użyte w poście należą do Freepik, max.icons, Good Ware, Eucalyp, winnievinzence.