środa, 20 maja 2026

Od Aye CD Chaita — „Let's start again”

Poprzednie opowiadanie

LATO

Aye wręcz uginało się pod ciężarem zmęczenia. Czuło, że zaraz głowa jejmu wybuchnie od wszechobecnego hałasu. Dzieci nieustannie krzyczały, piszczały i głośno się śmiały, a ich rodzice niezbyt interesowali się ich dobrobytem; stali gdzieś na uboczu, rozmawiali ze sobą i nawet nie zwracali uwagi, że ich syn albo córka zaczepia biedną panią ze stoiska, albo gania za miejskimi gołębiami, które przyleciały tutaj tylko w poszukiwaniu jedzenia.
— Nie możemy razem? — zapytało, zwracając uwagę na to, że Chait nie uwzględnia siebie w planie ucieczki. — Chyba też nie chcesz tutaj być, prawda?
Chait był jednak typem osoby, która najpierw pomyślała o innych, a dopiero później o sobie. Skutkowało to później bezsensownym męczeniem się na głupich festiwalach, straganach czy innych atrakcjach organizowanych dla dzieci albo młodzieży.
— To przeze mnie tutaj jesteś.
Aye wyraźnie się skrzywiło. Nawet nie próbowało ukryć niesmaku, który od razu pojawił się na jejgo twarzy. Co to znaczy, że przez niego tutaj się znalazło? Przecież nie było to niczyją winą! Festiwal musiał być ogłaszany wcześniej, a oni o tym zwyczajnie nie wiedzieli, bo nie byli w stanie śledzić każdego możliwego informatora.
— Właściwie, ty też o tym nie wiedziałeś, prawda? — zwróciło uwagę. — Z jakiej to okazji? Wiesz coś więcej?
Chait wzruszył ramionami. Był bardzo zmęczony, ale przez lata pracy w takich miejscach nauczył się to dobrze ukrywać.
— Takie rzeczy nie muszą być organizowane na specjalne okazje. Czasem wystarczy, że ktoś ma dużo pieniędzy i za dużo wolnego czasu. Czasem brakuje też pracowników i proszą o pomoc każdego, nawet jeśli ma się wolne.
— Aha.
Aye nie kryło swojego zdziwienia. Była to dla niejgo bardzo dziwna forma pracy. Wyobrażało sobie Chaita, który w spokojne — takie jak te — popołudnie odbierał telefon od szefa, który kazał mu jak najszybciej zjawić się w danym miejscu, bo za dwie godziny zaczynają festiwal dla dzieci.
Ich rozmowę przerwała jedna z koleżanek Chaita. Podbiegła do nich, ocierając przy okazji spływający pot z czoła.
— Co wy robicie? Zaczyna przychodzić więcej dzieci! — wydyszała. Dziewczyna zgięła się w pół i oparła ręce na kolanach. Oddychała tak ciężko, jakby właśnie przebiegła półmaraton.
Chaitowi zadrżał kącik wargi. Z całych sił starał się zapanować nad wyrazem swojej twarzy, by wciąż wyglądać tak samo przyjaźnie.
— Niestety nie mamy już czasu — odpowiedział najłagodniej, jak się tylko dało.
Aye na potwierdzenie tych słów pokiwało głową. Chciało jakkolwiek dodać Chaitowi otuchy, bo samo z siebie nie chciałoby nigdy w życiu obcować z tak denerwującą osobą, jaką była ta… Jessica? Karolina? Już nawet nie pamiętało imion tych dziewczyn.
— Nie żartuj sobie, Chait. — Dziewczyna powoli się wyprostowała. Uśmiechnęła się w najbardziej irytujący sposób, w jaki tylko mogła to zrobić. — Jeszcze tylko godzinkę, dobrze?
Obydwoje wiedzieli, że jeśli zgodzą się tutaj zostać, to na godzince się nie skończy. Kolejki do stoisk były już ogromne. Rodziny z dziećmi przybywało, jakby teleportowali się z drugiego końca miasta specjalnie dla tego jednego festiwalu. Aye na sam ten widok robiło się słabo i naprawdę — ale to naprawdę — nie chciało już w tym uczestniczyć.
— Mam ważne spotkanie rodzinne — skłamał. Przez cały czas perfekcyjnie ukrywał swoje zdenerwowanie. Aye było pełen podziwu. — Następnym razem, dobrze?
Dziewczyna cmoknęła. Zmarszczyła się na twarzy, a wcześniejszy, nienaturalnie szeroki uśmiech, został zastąpiony grymasem.
— Zostajecie jeszcze, jasne? Nie mogę teraz pozwolić sobie na braki kadrowe.
— Nie pracuje dzisiaj — podkreślił ten istotny fakt Chait. — Nie będziemy zostawać tutaj ani minuty dłużej.
Jeśli Chait miał problem z asertywnością, to tym razem udowodnił, że gdy trzeba, umie się postawić.
— Naprawdę was potrzebuję.
Jessica chyba miała problem ze zrozumieniem słowa „nie”. Chait westchnął w odpowiedzi. Ile razy jeszcze musiał powtórzyć, że tutaj nie zostaną, aby dziewczyna w końcu to zrozumiała?
— Skoczę tylko do toalety.
Jessica byłaby naprawdę nieludzka, gdyby zabroniła Chaitowi pójść się wysikać, więc tylko kiwnęła głową i wróciła na swoje stanowisko. Półbóg jednak miał inny plan, a toaleta była tylko wymówką.
— Uciekamy stąd. — Uśmiechnął się najszerzej, jak tylko potrafił w tej sytuacji. Ten uśmiech jakoś pomógł Aye w ukojeniu swojego zdenerwowania i przebodźcowania.
Chait, jako że był dzieckiem Iris, mógł stworzyć tęczę i za pomocą tej tęczy przenieść się w zupełnie inne miejsce. Tak też właśnie zrobił. Stworzył tęczę w miejscu, w którym pozostawali niezauważeni i przeniósł ich w inną część miasta. Znacznie spokojniejsza, o ile to słowo było odpowiednie w kontekście opisywanej jakiejkolwiek dzielnicy Nowego Jorku.
Plecy Aye spotkały się ze ścianą budynku, a Chait wylądował w koszu na śmieci. Dosłownie. Z niewiadomego powodu trafili w ślepy zaułek, gdzie cuchnęło trupem, a słońce nawet nie próbowało tutaj zaglądać.
— Serio z nimi pracujesz? — zapytało Aye. To było pierwsze pytanie, które nasunęło się jejmu na myśl. — Przecież oni cię nawet nie szanują.
— Zły dzień, czy coś.
Złego dnia jednak raczej nie miały te dziewczyny, ale oni. Nie dość, że musieli pracować za darmo, to Chait jeszcze wylądował w kuble na śmieci i śmierdział tak samo paskudnie, co stereotypowy pijaczyna.
— Po prostu cię wykorzystują. — Aye zmarszczyło brwi. Za każdym razem, kiedy spotykał Chaita, widział go wykonującego prace, której nawet nie lubił. — Strasznie śmierdzisz. Bez obrazy.
Chait się zaśmiał, czego Aye nie rozumiało i patrzyło się na niego przez dobrą minutę bez żadnego słowa. To takie śmieszne, że ubrania miał umazane jakimś starym jogurtem i że śmierdział rozkładającymi się resztkami jedzenia?
— Czyli rozumiem, że już nie chcesz ze mną spędzić reszty tego dnia?
— Nie. — Pokręciło głową. Czasem było zbyt bezpośrednie. — Ale jeśli się umyjesz, to znajdę godzinę.
— Mówisz poważnie?
— Takie to dziwne? — naburmuszyło się.
Aye jakoś poczuło się urażone. Przecież cały czas mówiło poważnie!
— W takim razie chcesz wpaść do mnie? Zmienię ubrania i będę jak nowy.
Aye miało od razu odmówić. Propozycja wydawała się jejmu co najmniej dziwna i nie na miejscu; ale z jakiegoś powodu powstrzymało się przed opryskliwą odpowiedzią i kiwnęło głową na tak.

────
[937 słów: Aye otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Kaliny — „Nie taka jajecznica straszna, jak ją bananują”

Kalina wyszła zirytowana z łazienki, trzymając w ręce szczoteczkę do zębów. W ciągu ostatnich trzydziestu minut budzik jej współlokatorki dzwonił już piąty raz, nadal nie przynosząc żadnego efektu.
— Wstajesz?! — zastukała pięścią do drzwi Amandy, gotowa wejść do środka, aby ją obudzić.
— Yhm… już… — odpowiedział jej niemrawy głos.
Wzruszyła ramionami i wróciła do mycia zębów. Nie była w stanie pojąć, jakim cudem jej przyjaciółka, śpiąca z telefonem przy poduszce, przesypiała każdy budzik, podczas gdy ją samą budziły te same melodie, ale dochodzące zza ściany. W pewnym sensie nawet zazdrościła dziewczynie tak mocnego snu. Na pewno przydałby się jej w dni, w które mając zajęcia po południu, zostaje brutalnie obudzona o siódmej. Taki dzień był na przykład dzisiaj.
Kiedy skończyła, umyła twarz i powolnym krokiem poszła do kuchni. Otworzyła lodówkę i dobrą minutę analizowała jej zawartość, zastanawiając się nad możliwymi opcjami śniadania. W końcu zamknęła ją, nic nie wyciągając ze środka i chwyciła za czajnik. Ledwo zdążyła wlać do niego wodę, kiedy znowu usłyszała budzik Amandy.
Odstawiła czajnik za kuchenkę i skierowała się w stronę pokoju współlokatorki. Tym razem nie pukała w drzwi, po prostu weszła z hukiem do środka.
— Albo wstań, albo wyłącz w końcu ten cholerny budzik — powiedziała stanowczo.
Amanda przetarła oczy dłońmi i spojrzała na nią zdezorientowana.
— Co…? — zaczęła rozglądać się w poszukiwaniu cały czas dzwoniącego telefonu.
— Na którą masz?
— A która jest?
— Jakoś po ósmej? — Kalina powiedziała niepewnie, bezskutecznie szukając zegara na ścianie.
— Co? — Amanda w momencie się rozbudziła. W końcu udało jej się znaleźć telefon, leżący na drugim końcu łóżka i wyłączyć budzik. Widok ósmej piętnaście sprawił, że niemal wyskoczyła z łóżka. — Dlaczego mnie nie obudziłaś?
— A miałam? — zdziwiła się Kalina. — Będę robić jajecznicę, zrobić ci?
— Jezu, jakbyś mogła — dziewczyna popatrzyła na nią, nie kryjąc wdzięczności. — Kochana jesteś.
— Wiem — zaśmiała się, wychodząc.
Idąc do kuchni, Kalina przypomniała sobie śniadanie, które często jadała u babci, kiedy była dzieckiem. Kobieta uwielbiała eksperymentować z dziwnymi połączeniami smakowymi, co małej Kalinie bardzo się podobało. Z chęcią zjadała tosty z jajkiem i keczupem lub jajecznicę z bananem. To właśnie ją miała zamiar teraz odtworzyć.
Krojąc banana w kostkę, zaczęła mieć wątpliwości, czy na pewno dobrze pamięta sposób, w jaki jej babcia robiła tę jajecznicę. Pomysł wydał jej się absurdalny i, mimo że jadła to danie setki razy, zaczęła mieć wątpliwości, czy wspomnienia nie płatają jej figla. Nie była też pewna, czy takie śniadanie będzie smakować Amandzie. Ostatnie wahanie jednak szybko się rozwiało, bo doszła do wniosku, że jeśli dziewczynie takie jedzenie się nie spodoba, to może zacznie wstawać wcześniej, żeby uniknąć jedzenia go w przyszłości.
Rozbełtała jajka w misce i przypomniała sobie, że zapomniała o najważniejszym. Wyjęła z szafki masło orzechowe i dodała je do jajek, a następnie posoliła mieszankę. Wszystko oczywiście na oko. Następnie zaczęła podsmażać kawałki banana na patelni z rozgrzanym masłem, do których po paru minutach wlała jajka. Po drodze przypomniała sobie, że zaaferowana budzikiem przyjaciółki, w końcu nie włączyła czajnika.
Niedługo później jajecznica była skończona. Nie wyglądała na najapetyczniejsze danie na świecie, ale przecież wygląd nie musiał odzwierciedlać smaku, prawda? Poza tym, czy rozmemłane jajka kiedykolwiek wyglądały dobrze?
— Gotowe! — krzyknęła w głąb mieszkania i wyjęła talerz z szafki. Nałożyła sobie połowę przygotowanej porcji i już miała usiąść przy stole, kiedy nagle zobaczyła, że w całości zajęty jest puzzlami.
Z westchnięciem przyjrzała się ułożonej ramce, której poprzedniego wieczora jeszcze tutaj nie było. Ramka idealnie mieściła się na blacie, zostawiając na jego brzegach może pięć centymetrów marginesu. Środek stołu zajęty był nieudolnymi próbami ułożenia innych elementów układanki. W skrócie, nie było na stole ani grama miejsca na cokolwiek, co nie było puzzlami.
— Pomożesz mi z tym później? — wchodząca do kuchni Amanda zauważyła, że jej przyjaciółka wpatruje się w układany przez nią obrazek. — Dzięki — dodała, kiedy Kalina ruchem głowy wskazała na patelnię.
— Zobaczę — odparła bez przekonania i usiadła na krześle, postanawiając położyć talerz na parapecie. — Długo zamierzasz to układać?
— Jak mi pomożesz, to pewnie krócej — zaśmiała się. — Co to jest? — spytała zdziwiona, czując nietypowy zapach.
— Jajecznica — wzruszyła ramionami Kalina i wzięła do ust kawałek. Ku jej uldze, jajecznica nie była tak zła, jak się spodziewała, że będzie. Co prawda nie było to wybitne danie, ale całkiem przyzwoite. Wymagało jedynie drobnych poprawek.
— Na pewno? — Amanda nałożyła jajka na talerz, bacznie im się przyglądając.
— Nie, jaja se robię — przewróciła oczami.
— No w sumie to tak.
Amanda usiadła po drugiej stronie stołu, ale w przeciwieństwie do Kaliny, talerz położyła na kolanach. Cały czas niepewnie wpatrywała się jedzenie.
— Z czym to jest?
— Zgadnij, przecież cię nie otruję — zaśmiała się. — Ja jem i żyję.
Dziewczyna podniosła wzrok znad talerza i rozejrzała po kuchni, zastanawiając się nad czymś. Całe wahanie uleciało z niej jak z balonika, kiedy zobaczyła zegar. W pośpiechu zaczęła jeść jajecznicę.
— I jak? — zapytała Kalina zaciekawiona, nie potrafiąc nic wyczytać z miny przyjaciółki.
— Ciekawe… — zastanowiła się. — To banan?
— Banan — potwierdziła.
— No w sumie… spodziewałam się czegoś gorszego — stwierdziła szybko, poganiana mijającymi sekundami.
— Mówiłam — uśmiechnęła się dumna z siebie Kalina.
— Wygląd nie zachęca, zrobiłabym to lepiej — zaśmiała się, uśmiechając się na znak, że nie ma na myśli nic złego.
— Trzeba było wstać godzinę wcześniej — Kalina wzruszyła ramionami i odłożyła swój talerz do zlewu. Wyłączyła gwiżdżący czajnik i wyciągnęła kubek z szafki. — Chcesz herbatę?
— Mam autobus za dziesięć minut — odparła z ustami pełnymi jedzenia.
W pośpiechu dokończyła posiłek i wybiegła na korytarz, rozglądając się za butami.
— Dzięki! — krzyknęła, szukając drugiego trampka.
— Chyba go widziałam u ciebie — przypomniała sobie Kalina. Okazało się, że miała rację.
— Możesz poukładać trochę te puzzle, jak będzie ci się nudzić, nie obrażę się — powiedziała, trzymając za klamkę.
— Nie, dzięki. Nie lubię puzzli — zaśmiała się Kalina. — Co to w ogóle za obrazek?
— Pod stołem leży pudełko.
Dziewczyna weszła do kuchni i spojrzała pod stół.
— No chyba cię coś boli — stwierdziła zaskoczona, nie kryjąc oburzenia.
— No ja wiem, ale jak będziemy układać we dwie, to szybko- — zaczęła tłumaczyć się Amanda przekonana, że Kalinie chodzi o dwa tysiące elementów.
— Nie, nie — przerwała jej. — Nie mam zamiaru układać jebanego akweduktu.


────
[984 słowa: Kalina otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Kalina Novák

Chyba lepiej się dogadać, niż się nie dogadać, nie?


DZIECKO MERKUREGO

poniedziałek, 18 maja 2026

Od Anastazego do Havu — „Ustęp (ale nie mickiewiczowski)”

– Zrobisz mi ten telefon? – Kuźma przechyla się przez oparcie kanapy, obserwując szykującego się do wyjścia Anastazego. O ile w tej pozycji jest w stanie obserwować coś więcej niż kawałek ściany nad jego głową.
– No.
– A kiedy? – nachalnie dodaje, teraz wisząc głową w dół w pozycji tak ryzykowanej, że gdyby mężczyzna nie skupiał się wyłącznie na swoich sznurówkach, to przestraszony krzyknąłby coś w stylu: „Przestań, bo spadniesz, rozwalisz sobie nos i będziemy musieli jechać do szpitala!”. Albo by nie krzyknął, żeby nie wpuszczać do mieszkania ducha PolskiejMamy™.
– Kiedyś na pewno – odpowiada, podając jej tę jakże precyzyjną datę. – Nie spal mieszkania, jak mnie nie będzie.
– Jeśli zagrożę, że spalę, to zrobisz mi ten telefon szybciej?
– Nie – ucina Anastazy i próbuje udawać, że wcale go ta groźba nie przestraszyła (niestety, większość rzeczy, które mówi Kuźma brzmi dziwnie strasznie). Próbuje przekopać się przez miliony kurtek i bluz na wieszkach w przedpokoju, bo gdzieś w tym motłochu zostawił klucze, ale nie wie gdzie i ile miesięcy temu. Dopiero po zanurkowaniu w kieszenie swojego rozpadającego się płaszcza udaje mu się chwycić znajomy brelok przedstawiający wehikuł Pana Samochodzika.
– A mogę pójść z tobą?
– Aż tak ci się w życiu nudzi? Serio? – Mężczyzna wpatruje się w nią z uniesionymi brwiami. – Do pracy idę. Zadanie domowe odrób, a nie.
– Ja po prostu zawsze chciałam się nauczyć jak naprawiać te wszystkie, wiesz, sprzęty kuchenne i łazienkowe. Przecież to bardzo przydatne w życiu – oznajmia, dalej próbując odnaleźć najwygodniejszą najdziwniejszą pozycję na sofie.
– Jak ci się tak nudzi, to idź na spacer, a nie maltretuj kanapę – rzuca Anastazy na odchodne i wychodzi z mieszkania.
Po paru minutach wraca, bo w roztargnieniu zapomniał skrzynki z narzędziami.

Na podany adrest trafia spóźniony. Pierwszy raz znajduje się w tej części miasta i najpierw w ogóle musiał się zorientować, do jakiego pociągu metra wsiąść i na jakiej stacji wysiąść, co było zadaniem niesamowicie trudnym, bo akurat tutaj iFajstos Anastazego co chwilę traci zasięg. Mapy i GPS postanowiły sabotować go na każdym kroku i dość długo zwyczajnie kręcił się w kółko, pytając ludzi, gdzie jest i którą mamy godzinę. Na całe szczęście powstrzymał się od pytania o datę, bo wtedy zostałby uznany za kogoś gorszego niż creep próbujący zdobyć serca losowych dziewcząt, które przygotowują się na wieczorny Girls Night.
– Kto tam? – pyta szeleszczący, dobiegający z domofonu głos.
– Złota rączka – odpowiada Anastazy, niekoniecznie wiedząc, czy na pewno zadzwonił pod dobry numer. Lekka mżawka osiadła gęstymi kroplami na szkłach jego okularów i cały świat jest dla niego teraz jedną wielką rozmazaną plamą. – Do pana… pana Koskinena?
Bzzzzzzzzzzzzzzzzz – odpowiada domofon.
Anastazy próbuje równocześnie wchodzić po schodach, nie upuścić skrzynki z narzędziami i wyczyścić okulary. Jego klient dostrzega go właśnie w takiej dziwniej, powyginanej pozie, a syn Hefajstosa to go w ogóle nie dostrzega, dopóki nie słyszy trochę zdziwionego „Dzień dobry”.
– Dobry – mówi szybko i równie szybko zakłada przekrzywione okulary. Smugi przysłaniają mu świat w podobnym stopniu, jak kropelki wody, ale na ten moment postanawia to zignorować. – W czym problem? – pyta, wprosiwszy się do mieszkania. Rudy facet, prawdopodobnie Koskinen w swojej własnej osobie, szczerzy się głupkowato i w trochę przerysowanym geście drapie się w kark.
– No, wiesz. To taki trochę. Gówniany problem – odpowiada wymijająco, a Anastazy ni cholerę nie rozumie, o co mu niby chodzi.
– Aha. Gówniany – powtarza i stawia ciężką skrzynkę na podłodze, żeby rozmasować skostniałe palce, w które od niemal godziny wbijał się plastik. – Ale z czym ten problem?
– Ha, ha. – Anastazy nie śmieje się razem z Koskinenem. – Ee, no z kiblem.
– A. A. Aha. Aha. To dlatego. Okej, Jezu – szamocze się ze słowami i przykłada dłoń do czoła w geście kompletnego załamania samym sobą. Prostego żartu nie potrafi zrozumieć. – Nieważne. Zajmę się tym.
– A ile się będzie za to należało? – natychmiast dopytuje Koskinen, jeszcze przed wskazaniem Anastazemu drogi do łazienki.
– No, zależy ile potrwa naprawa. – Wzrusza ramionami. – Dwadzieścia pięć dolarów za godzinę.
– A jeśli potrwa krócej??
– To sobie możesz obliczyć proporcjami, jeśli tak to cię ciekawi – odpowiada Anastazy, na moment zapominając, że typowy Amerykanin nie za bardzo potrafi liczyć. Chociaż, jakby nie patrzeć, nazwisko stojącego przed nim mężczyzny nie jest klasycznie amerykańskie, więc może choć trochę zna się na matematyce.
– Ta, już się do tego rwę – prycha Koskinen, najwyraźniej niezadowolony ze skąpej odpowiedzi Anastazego.
– Gdzie ta łazienka? – pyta Hefajstosiak, bardzo profesjonalnie ignorując zirytowaną minę mężczyzny.
Są momenty w ludzkim życiu, gdy człowiek chciałby stracić jakiś ze swoich zmysłów. Czasem nawet parę z nich. Anastazy najczęściej ma tak ze słuchem – wolałby nie słyszeć głupiego amerykańskiego gadania, które mija się z jakimkolwiek sensem. Albo wolałby nie musieć wysłuchiwać szczebiotania starszych babć, które obszernie opowiadają mu o swoich poglądach politycznych, podczas gdy on próbuje w spokoju wymienić uszczelkę w ich kranie. Tym razem jednak chciałby być pozbawiony węchu. Jakichkolwiek receptorów zapachu. Po wejściu do łazienki bardzo chce zapytać Koskinena: „Człowieku, co ty wlewasz do tego ustępu?”, ale postanawia zachować profesjonalizm. Z zawodową zimną krwią musi zabrać się nawet do najgorszej roboty i najlepiej nie pytać o to, co znajduje w czyimś kiblu.
O ile nie jest to coś naprawdę, naprawdę dziwnego.
Woli nie myśleć o szerokiej zawartości toalety. Cokolwiek tak śmierdzi, nie może być rozpuszczonym trupem albo innym zagrażającym jego życiu i zdrowiu dziwactwem. Zawsze po skończonej robocie będzie mógł pozwać Koskinena. Jeśli to przeżyje i będzie mu się chciało, bo z doświadczenia wie, że czasem nie warto wracać do zostawionego w tyle mieszkania nawet myślami, nie mówiąc już o biciu się z byłym klientem w sądzie. Wystarczy zablokować numer i nie myśleć już nigdy więcej o znalezionych w zatkanych zlewach zębach.


Havu?
────
[911 (ten numer to kłopoty) słów: Anastazy otrzymuje 9 Punktów Doświadczenia]

Od Kala CD Elianne — „O pierścionku odnalezionym”

Poprzednie opowiadanie

WIOSNA V

Jemu za to San Francisco wydaje się obskurne. Jak zawsze zresztą. Piękne miasto pełne obsranych przez gołębie chodników, unoszonych przez wiatr śmieci i żulów proszących o przysługi o znacznie wyższej wartości niż parę drobniaków na najtańsze piwo w pobliskim sklepie. Kal mógłby jeszcze przeżyć to absolutne zniszcznie całego miasta, jego powolne rozpadanie się na strzępy, gdyby nie pogoda – ona już jest kroplą, która przeważa osobistą czarę goryczy chłopaka. Nieważne od pory roku, San Francisco stanowi ostoję dla wszelkiej wilgotności i pochmurności, przyprawiając Kala o kolejne epizody depresyjne i przymus noszenia związanych włosów, bo inaczej po pięciu minutach byłyby wyłącznie napuszoną wełną. Codziennie pól godziny spędza na wybraniu pasującej do jego stroju szpilki do włosów, po czym cały dzień próbuje odgonić od siebie myśl, że jednak wybrał złą, wygląda jak ostatni kretyn i każda mijana przez niego osoba w myślach sobie z niego kpi.
Wychodząc na spotkanie z Eli był bliski wciśnięcia na głowę losowej czapki i pierdolnięcia wszystkich szczotek, gumek, szpilek i spinek w cholerę, ale przegrzebanie ogromnej szafy w przedpokoju to zadanie, które przerosło go tego ranka. Tuż przed wyjściem z drogerii, Kal prędko przejrzał się w najbliższym lustrze i na szybko poprawił fryzurę, której i tak nie dało się już odratować. Po wyjściu, oprócz ust Elianne, na policzkach poczuł chłodny i mocny podmuch powietrza. Już chyba wolał deszcz.
– Kawę, mówisz – mamrocze, ledwo słysząc cokolwiek przez huczący w jego uszach wiatr. Założyłby kaptur, ale nie może zdecydować, czy będzie to lepsze dla jego włosów, czy właśnie gorsze.
– No! – potwierdza Elianne podniesionym głosem, przytrzymując grzywkę na czole. Kal powstrzymuje się od kąśliwej uwagi, że to i tak nie pomoże jej niemożliwym do ujarzmienia włosom, a jej fryzura już dawno straciła kształt. – Jakaś kawiarnia, gdzieś tu chyba była blisko… O!
– To jest piekarnia i do tego taka piekarnia, do której nie mam za-ELI SŁUCHASZ TY MNIE W OGÓLE – krzyczy sfrustrowany, ale jest już za późno. Eli zdecydowanie zapomina, że powinna skonsultować z nim wparowanie do losowej PIEKARNI, która nigdy nawet nie stała obok kawiarni. Mimo tego chłopaka nie dziwi, że sklep przyciągnął Elianne: przytulne, utrzymane w pastelowym, kwietnym motywie wnętrze całkiem nieźle wpasowuje się w jej gust.
– Kal? – odzywa się głos zza lady i on już wie, że jest zgubiony. Stracił krótką chwilę, podczas której jeszcze mógł wybiec z piekarni i udawać, że nigdy go tam nie było.
– hEj FlOrEnCe – duka, pragnąc jak najszybciej zniknąć z powierzchni Ziemi. Ściska ramię Elianne, która BARDZO próbuje zorientować się, co się dzieje, ale zamiast tego jest powoli zaciągana w stronę wyjścia przez Kala, który nie ma najmniejszego zamiaru niczego tłumaczyć.
– Kochanie, coś się stało? – Trudno powiedzieć, czy niska kobieta brzmi bardziej na zszokowaną, czy zmartwioną. – Czemu nie jesteś w szkole? Ach. Tak. Sobota. Potrzebujesz cze-
– Yyy, nie, ma-Fl-mhmppgg, nie, nic nie… Wszystko okej. Tak. Wszystko. Wszystko okej – mamrocze Kal, próbując ponaglającym spojrzeniem zmusić zdezorientowaną Elianne do ucieczki.
– Och! – wykrzykuje kobieta, gdy wreszcie zauważa, że oprócz chłopaka ktoś inny też znajduje się w piekarni. – To ty musisz być… Eli, zgadza się? – zatrzymuje się na moment, celując pulchnym palcem w dziewczynę, która, wciąż nie odzyskawszy głosu, kiwa głową. Florence najwyraźniej jest dumna z siebie, że nie pomyliła jej z jedną z licznych koleżanek Kala. – Nie mówiłeś, że idziesz na randkę! – strofuje chłopaka, a on nawet nie ma sily na udawanie niezręcznego uśmiechu albo przeprosiny, że nie mówi jej wszystkiego. Po prostu wzrusza ramionami, utrzymując beznamiętny wyraz twarzy. – Jeju, a ja w fartuchu… Dobrze, nieważne, już, sekundkę… Dzieci, nie stójcie tak w progu, zaraz wam zrobię herbatkę, pogoda dzisiaj straszna, to się trochę rozgrzejecie – szczebiocze Florence i zaraz znika na zapleczu, w pośpiechu rozwiązując pasek roboczego fartuszka.
– Czekaj! – sprzeciwia się Eli, gdy Kal chce wykorzystać moment na taktyczny odwrót. – Kto to w ogóle jest?
– Mogę ci wytłumaczyć, jak będziemy w tej cholernej kawiarni.
– No chyba nie, przecież ta pani poszła nam robić herbatę, to będzie niemiłe!
– Na bogów, Eli! – jęczy Kal, już trzymając dłoń na klamce. – Naprawdę nie ma potrze-
– Wytłumaczysz mi, co się dzieje? – przerywa mu, a chłopak wreszcie ulega. Jeszcze mu kłótni brakuje do pełni szczęścia.
– To moja… Inaczej. To dziewczyna mojego taty – wzdycha z miną młodopolskiego dekadenta.
– Że… że co proszę? – Elianne marszczy brwi, najwyraźniej jeszcze bardziej zdezorientowana niż wcześniej. – TO BYŁA WENUS? – krzyczy szeptem, a Kal bardzo gwałtownie, z przerażeniem wypisanym w oczach, kręci głową.
– Nie, gdzie tam, Wenus, skąd ci to w ogóle do głowy przyszło? Po prostu… no, wiesz. Mój tata. Znalazł sobie. Dziewczynę. Kobietę. I, ee, to ona? Śmiertelniczka? – precyzuje, najlepiej jak jest w stanie.
– Nie powiedziałeś mi, że masz mamę? – W tym momencie Eli najwyraźniej przechodzi przez co najmniej dziesięć stanów żałoby.
– W sensie, od początku wiedziałaś, że mam mamę, ale po prostu nie mamę – tłumaczy pobieżnie. – To trochę świeża sprawa, okej? I sprawa bardziej mojego ojca, niż moja.
– Czemu jej nie poznałam w tamte walentynki?
– Skończ już.
– Powiedz mi teraz, to się nie będzie ciagnął smród – upiera się, krzyżując ramiona na piersi.
– Była wtedy… Cholera, no, nie pamiętam. Jakiś MasterChef albo inne… jakiś tam konkurs, eee… W każdym razie, gdzieś musiała pojechać, nie było jej. Poza tym, to nie jest nic pewnego, jakby, nie żeby byli chociaż narzeczeństwem albo coś… – Nic z tego, co mówi, nie wydaje się satysfakcjonować Elianne. Kal ma ochotę rzucić się pod rozpędzony samochód, byleby tylko uniknąć tej rozmowy i każdej przyszłej rozmowy, w ogóle to zapomnieć o potrzebie prowadzenia konwersacji z innymi ludźmi. – Przepraszam, okej? Możemy o tym nie rozmawiać akurat teraz? – pyta, szepcząc szybko i trochę niewyraźnie, bo z zaplecza wynurza się burza fioletowych loków.
– Możecie ściągnąć kurtki! – informuje ich Florence z radosnym uśmiechem na twarzy. Ze stukotem obcasów podbiega do jedynego stoliczka w pomieszczeniu i stawia na nim tacę z pięcioma pudełkami herbat oraz dwoma kubkami, jakimś cudem nie wylawszy z nich ani kropli. – Nie wiedziałam, jaką lubisz, złociutka, więc tu masz owocowe, tu kolejne owocowe… tu też owocowe, tutaj jest taka z imbirem, rozgrzewająca, tutaj zwykła czarna, a tutaj cukier. Kal, tu masz swoją, już posłodziłam. – Wskazuje na błyszczący, różowy kubek z napisem: „Jeśli przechodzisz przez piekło, idź dalej”. Ten Elianne najwyraźniej pochodzi z tego samego zestawu, tyle że na nim wygrawerowano „Spróbuj być tęczą w czyjejś chmurze”. – Podać wam do tego ciasto? Mam taki świeżo upieczony serniczek, zaraz wam pokroję…
Przyparty do muru (Eli już usiadła), z miną niesamowicie zgnębioną, Kal siada na jednym z dwóch niskich krzeseł i wbija wzrok w swój kubek. To nawet nie tak, że nie lubi Florence. Kobieta jest słodka, sięga mu do ramienia i z całych sił stara się zachowywać jak jego prawdziwa mama. Po prostu chłopak nie może powstrzymać wrażenia, że jej sposób bycia najzwyczajniej w świecie przynosi mu nic więcej, jak wstyd i przypał przed każdym, kto akurat jest w pobliżu.


Elianne? ────
[1111 słów: Kal otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

niedziela, 17 maja 2026

Od Weroniki do Caroline — „Och moja piękna szpada kobieto”

Historycy uwielbiają mówić o imperiach, jakby człowiek rodził się dopiero wtedy, gdy nauczył się liczyć podatki. A przecież pierwszą oznaką cywilizacji nie było ani pismo, ani prawo — tylko chwila, w której ktoś uznał, że obcy ból jest ważniejszy od własnego głodu. Reszta to już administracja.
Zabawne zresztą, że ludzie przez tysiące lat patrzyli w niebo, zanim wymyślili dla niego poprawne słowo. Najpierw była trwoga, potem poezja, dopiero na końcu gramatyka. Tak samo z miłością: najpierw gotowość do ruiny, później pieśni o ruinie, a dopiero potem moraliści próbujący wszystko ponumerować.
Ale oczywiście współczesny człowiek wierzy, że istnieje dopiero wtedy, gdy zostawi po sobie cyfrowy ślad. To bardzo wzruszające. Mrówki też zostawiają ścieżki.
Zadowolona z siebie Weronika przechadzała się po obozie, klejąc zdania w mentalnym notatniczku. Na punkt honoru postawiła sobie uporządkowanie, złożenie i uszeregowanie pokoi w pałacu pamięci. Wbrew pozorom było to bardziej męczące niż sprzątanie realnego pokoju w swoim domku. Gdzieś musiała uporządkować filozoficzne myśli, tuż obok najlepszych ironicznych odzywek Anno Domini 2025. Daleko gdzieś w tyle zostawiła pokój, zabarykadowany na kilka spustów, w którym trzymała jakiekolwiek informacje związane z Niketasem. Nie, żeby chciała. O wrogach trzeba wiedzieć wszystko, żeby nie zaskoczyli. A Niketas zaskakiwał ku rozpaczy galaxowłosej grupowej domku.
Tak się kręciła, że nie zauważyła, kiedy prawie wpadła na inną dziewczynę. Prawie, bo jej nieskazitelna intuicja w ostatniej chwili kazała jej odskoczyć krokiem zwiewnym, niczym baletnicy. Już miała porządnie ochrzanić prowodyrkę zdarzenia, kiedy zauważyła grymas na znajomej twarzy.
— Och, brutalna siła, która ugięła się pod moją filozofią, ironią oraz szpadą! — Skomentowała złośliwie.
Kojarzyła ją z pojedynku, który w jej myślach był zdecydowanie jednym z lepszych. W końcu wygrała z córką boga wojny. Potomstwo Aresa to nie byle kto, całymi dniami siedzą na treningach, a nocami biją się na poduszki. Są pierwsi do walk na miecze, topory, katapulty i bogowie wiedzą co jeszcze, żeby to dotarło do ciebie, drogi czytelniku, że grupowa domku Ateny pokonała nie byle kogo, żadną tam płotkę… Z gracją baletnicy, językiem ostrym jak brzytwa. W jej głowie.
Zawsze ignorowała resztę obozowiczów, która śmiała coś mówić o tym, że w starciu z Caroline ledwo wygrała, była spocona jak dzik, dwa razy się potknęła w drodze do domu ze zmęczenia. Kiedyś krzyknęła ze złości na swoją siostrę, która mruczała pod nosem, że Caroline pewnie tego dnia miała okres czy tam zły humor, bo tak to by zwinęła Weronikę, jak precelka. Powiedzmy, że była czuła na tym punkcie.
Dziewczyny przez chwilę mierzyły się w niepisanym konkursie, wkładając możliwie jak najwięcej pogardy oraz lekceważenia. To były spojrzenia, którym obdarzało się zazwyczaj zdeptanemu na chodniku robaka. Głównie karalucha.
— Ironicznie to możesz zrobić baranka o ścianę, Weronika. — Odburknęła.
Po czym minęła córkę Ateny.
— Wszystko na świecie jest głupstwem oprócz samego śmiechu. — Skwitowała Weronika.
Po czym ruszyła dalej w swoją drogę. W myślach przeklinała na Caroline, bowiem przez nią powstał bałagan w pokoju „cytaty z literatury na każdy dzień”. Jak można przeszkadzać Nice w czynnościach umysłowych? Niedorzeczne, kiedyś karma spotka tą troglodytkę. Przez chwilę zamyśliła się jednak nad czymś innym. Przecież Caroline wybyła do miasta, prawdopodobnie Nowego Jorku, to czemu tutaj jest? To się nie godzi.
I tak była do tyłu z obowiązkami. Próbowała je nadrabiać, kiedy rusz, tylko dlatego, że utknęła w kiblu na dłuższy czas przez głupie zagrywki Niketasa, który podrzucał jej na spotkaniach grupowych ostre rzeczy. Od których dostawała bólu brzucha. Wyliczyła, że mogła poświęcić czas na myślenie o dzieciakach Aresa na dokładnie 5 sekund w ciągu dnia i limit został przekroczony już dawno.
Przed kolacją atmosfera była spokojna, chociaż Weronika wyczuła pewną nerwowość, kiedy przyszła na plac treningowy. Zignorowała to, że to ona mogła ją wywołać, zamiast tego skupiła się na tym, czy ekwipunek treningowy był zgodny z zasadami HAACP, nie przemieszczał się znienacka i nie był obsmarowany jakimś psikusem Hermesiaków. Połowę mieczy kazała oddać do wyważenia, część do polerowania, ku rozpaczy trenujących.
— Bez dyskusji! To niebezpieczne. Możecie ten czas przeznaczyć na, na przykład, zajmowanie się tymi mieczami! Po co wam miecze, skoro nie umiecie o nie dbać!? Sio mi stąd.
Skrzyżowała ręce i kręciła głową na pozostałe wyposażenie. Rozwalone, zniszczone… wyrzygane? Wolała się nie upewniać.
— Jak zawsze dzieci Aresa muszą przejawiać zwierzęce zapędy. — Skomentowała na głos.
Pałac pamięci miał schowek na miotły, w którym przechowywała zdania na temat innych obozowiczów.
— Dzieci Ateny, jak zawsze, uważają się za lepszych. — Usłyszała z tyłu.
Odwróciła się na pięcie, trochę zbyt nerwowo jak na jej gust, i zobaczyła Caroline. Ważyła ona miecz w dłoni, wymachując nim w powietrzu.
— Bo jesteśmy. Nie ma w tym żadnej filozofii, myśl poleci śmielej i trafi, czego nie można powiedzieć o zwykłym kamieniu.
— Uważaj, żeby ten kamień nie rozbił ci okna samozachwytu.
— Czy to zaproszenie do konfrontacji? Oby nie baletowej, tutaj zwycięzca byłby tylko jeden. — Wsadziła w tą wypowiedź jak największy akcent ironii.
— Ot, sparing. Tylko się nie zafilozofuj na śmierć.
En garde!
Weronika wyciągnęła pierwszą, lepszą szpadę i ustawiła się w pozycji, podobnie jak jej przeciwniczka. Wymieniały się wzrokiem. Weronika zauważyła, że Caroline jest w lepszej kondycji (czyżby Nowy Jork wpływał dobroczynnie na nerwy?), ale nie miała zamiaru się poddawać. Znaczy to tylko, że walka będzie lepsza i może coś wyciągnie z tego sparingu.
Brzdęki szabli się rozległy gwałtownie po terenie. Naprzeciw wykwintnej gracji występowało bezczelnie błoto, blokując możliwość tworzenia, jakże, efektownych piruetów. Jesień uderzyła z całych sił, utrudniając treningi i wspólne posiadówki. Wszystko przez Chejrona, który stwierdził, że półbogowie powinni doświadczyć od czasu do czasu jakiejś gorszej pogody. Wspominał coś o docenieniu słońca oraz możliwości treningu w grząskim terenie, ale Nika wtedy była zajęta walką o ołówek z Grupowym Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
Caroline widocznie lepiej się czuła w tych warunkach (czy trzeba wspominać coś o zwierzęcych upodobaniach potomstwa Aresa?), wymierzając celne ciosy, które ciężko było sparować. Nika uciekła do tego, co zna najlepiej.
— Ach, nie oczekuj, że dam ci fory. Szczególnie po tej żałosnej walce, w której próbowałaś forsować brutalną siłą!
Zaatakowała.
Caroline niewzruszona odbiła cios.
— Mhm.
— Za to aprobuję rzucenie wyzwania. Zawsze warto próbować chronić honoru swojego rodzica. Czyżby ktoś dostał szlaban za przegranie walki?
— Sądzisz, że Ares zwróciłby uwagę na sparing? A co, twoja matka oglądała i klaskała w dłonie z zadowoleniem? Wow, pojedynek na wykałaczki, super sprawność umysłowa, Weroniko! Dostajesz naszywkę dzielnego skauta. — Odbiła ironią.
Weronice przestało pasować to, że cały czas przeciwniczka była defensywna w walce. Niczym sęp, który wyczekuje błędu ofiary.
— Lepsza naszywka dzielnego skauta niż pochwały od boga dzikusów.
Córka Ateny już miała przygotowany plan, rozstawiony jak figury na planszy. Zrobi zwód, szybki blef, uniknie i wtedy powinna mieć czyste okno do zaatakowania. Rozplanowane co do każdego szczegółu. Dopóki Caroline nie otworzyła ust, niech bogowie ją przeklną na wieki.
— A nie żelki od Niketasa, cukiereczku?
Nika wybałuszyła oczy.
— Co, ale skąd t— Wydukała z siebie.
To wszystko, co mogła powiedzieć, zanim dostała płazem miecza w skroń. Straciła równowagę i wylądowała ogłuszona zadkiem w błotku.
— Brutalna siła i żelki wygrały! — Krzyknęła Caroline do grupy wiwatujących obozowiczów.


Caroline?
────
[1138 słów: Weronika otrzymuje 11 Punktów Doświadczenia]

sobota, 16 maja 2026

Od Sony CD Lairy — „A fisher of fish”

Poprzednie opowiadanie

Sony z trudem przychodzi liczenie sytuacji, w których zabrakło mu słów. Nie brakuje mu palców ani miejsca na kartkach, brakuje mu dokładnych, jasnych wspomnień. To były pojedyncze, niewarte zapamiętania momenty. Gdy słowa nie chciały wyjść z jego gardła i uformować się w dobrze znane kształty na języku, Każda taka chwila wydaje się Sony okropnie odległa, jakby próbowała wbić się w pamięć kogoś innego. Albo siebie przed tym, gdy odważyło się mówić.
Patrzy na Lairę, na trzymane w jej dłoniach pokrowce i na spakowaną torbę, a niewidzialne szwy zamykają mu usta na dobre. W mózgu pojawia się pustka, której nie spotkało od lat i która pojawia się w najgorszym momencie. Bez słowa, z miną wyrażającą wyłącznie czysty szok, wyciąga dłonie po szorstkie pokrowce.
Coś tu śmierdzi, ale Sony nie jest w stanie dostrzec, co dokładnie. Ono nigdy nie oddałoby komuś swoich instrumentów, a już na pewno nie najpiękniej brzmiącego, obklejonego naklejkami bębenka. Musiałoby wiedzieć, że już nigdy więcej na nich nie zagra, a to stanowi dla niego dość niewyobrażalny koncept.
– Wow. Dziękuję – duka Sony po zbyt długiej chwili milczenia, opierając dłuższy z pokrowców na ramieniu. – Ale dlaczego?
– Jak to, „dlaczego”? – pyta Laira z uśmiechem na twarzy, ale nawet Sony dostrzega, że w tej minie nie ma oni odrobiny radości.
– Nie masz zamiaru już nigdy łowić? – doprecyzowuje pytanie. – Bo czemu masz oddawać mi coś, co jest twoim hobby. Takim, które robisz codziennie, nieważne, jaka jest pogoda i co masz zaplanowane. I które sprawia ci radość. To dziwne – tłumaczy, marszcząc brwi w zdegustowanej minie bardzo podejrzliwego dzieciaka. Laira dalej uśmiecha się w ten smutny, nieszczery sposób i patrzy nie w twarz Sony, skupiając się raczej na krajobrazie za otwartymi na oścież drzwiami.
– To nie takie proste – odpowiada wreszcie, choć niczego to nie tłumaczy. Sony nie jest już nieświadomym świata dzieciaczkiem. Równie dobrze mogłoby zostać grupowym domku siódmego, jakby tylko chciało. Ma zamiar to powiedzieć, domagać się jakiegoś lepszego wytłumaczenia, ale ubiega go Laira, której wreszcie udało się dosunąć zamek torby. – Hej. Dbaj o ten sprzęt w moim imieniu.
– Ale! – potyka się na własnych słowach, obserwując, jak Laira zarzuca sobie bagaż na ramię. – Ale chociaż czasem coś napisz. Albo, albo, jeśli napiszesz, albo zadzwonisz, to mogę do ciebie przyjechać, co ty na to?Jeszcze nigdy mnie nie było w San Francisco, ale mogę być ten pierwszy raz, to nie jest aż tak daleko. To nie drugi koniec świata. Odwiedzę cię i pójdziemy razem na ryby, przywiozę to wszystko i w ogóle…
– Okej. – Dziewczyna kiwa głową, choć wydaje się nieobecna.
Sony nie obchodzi, czy to etycznie poprawne i dopuszczalne, tak zmuszać kogoś do przytulenia. Laira lekko poklepuje go po plecach w geście delikatnego zasygnalizowania, że ma się od niej odkleić i wrócić do jakichkolwiek obozowych zajęć, jakie miało w planach. Mówi coś o pociągu albo o autobusie, a Sony, próbując nie stracić z oczu porzuconych na ziemi pokrowców, przegrzebuje wszystkie swoje kieszenie, tylko jednym uchem słuchając mamrotu Lairy.
– Masz. Prawie zapomniałom – śmieje się i wsuwa na nadgarstek przyjaciółki własnoręcznie zrobioną bransoletkę przyjaźni. Takie same dostali od niego Erico i Emiliano, gdy się wyprowadzali. Na całe szczęście pamiętali o pisaniu i dzwonieniu. – I jeszcze to. – Wciska w dłonie Lairy wypchaną kopertę. Pełną zdjęć, suchych liści i rysunków.
– Dziękuję. Trzymaj się, dzieciaku.

JESIEŃ V

Wiadomość o jej śmierci trafiła do Sony późno. Zbyt późno, żeby mogło dołączyć do jakiejkolwiek ceremonii pogrzebowej. Ostatecznie nie wie, czy jest temu wdzięczne, czy wciąż wściekłe – może gdyby ją prawowicie pożegnało, to szybciej pogodziłoby się z jej utratą?
Pokrowce z wędką i spławikami wylądowały w kącie domku siódmego, a teraz oczy Sony zazwyczaj prześlizgują się po nich, jakby nie istniały. Jakby w tamtym miejscu nie było niczego więcej oprócz obdartej ściany, którą powinni odmalować już lata temu, ale wciąż o tym zapominają.
Trudno mu nawet przesiadywać nad jeziorem. Na bosaka spacerować przy brzegu, stawiać ostrożne kroki na skrzypiącym molo. Co jakiś czas zdaje sobie sprawę, że tam zawędrowało, że właśnie siedzi w tym samym miejscu, w którym uczyło się łowić, nazwało swoją pierwszą rybę, rozpoczęło krótką przyjaźń. Pogrążone w myślach zbyt głęboko, by pamiętało, jak się tam znalazło.
Raz wyciągnęło z pokrowca wędkę. Zważyło ją w dłoni, przesunęło palcami po żyłce. Pustka, którą ta krótka czynność obudziła w jego klatce piersiowej, wystarczyła, żeby próbowało zapomnieć o łowieniu i o dręczączej obecności zbierających kurz pokrowców. Wciąż nie chce o tym myśleć. Nie chce mieć głowy zaprzątniętej wyłącznie ponurymi myślami.
Dlatego postanawia zrobić to, co potrafi najlepiej.
Siada pod ścianą domku dziewiątego, z kieszeni wyciąga trzymający się na granicy śmierci telefon. Na Mapach Google szuka kolejnego celu wartego osiągnięcia, do którego podróż sprawi mu więcej przyjemności, niż pobyt na miejscu.


koniec wątku Sony i Lairy
────
[766 słów: Sony otrzymuje 7 Punktów Doświadczenia]